O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Licencjat teologii moralnej.

30 sie 2017

Leon XIII o wolności religii w państwach

"Zabrania zatem sprawiedliwość, zabrania rozum, iżby państwo miało być bez Boga, lub co by się ateizmowi równało, w równej mierze usposobionym było względem przeróżnych, jak je zowią religii, i każdej tych samych praw użyczało. Gdy tedy w państwie jedną religię koniecznie wyznawać trzeba, wyznawać należy tę, która jedynie prawdziwą jest, a którą bez trudności, zwłaszcza zaś w katolickich państwach, poznać można, gdy w niej znamiona prawdy, jakby wyryte, występują. Tę więc niech sternicy państwa podtrzymują, tę niech bronią, jeżeli rozsądnie, a użytecznie, jak powinni, zaradzić chcą ogółowi obywateli. Publiczna bowiem władza ustanowiona jest dla korzyści rządzonych: a lubo w pierwszej linii do tego zmierza, iżby obywateli doprowadziła do tej tu ziemskiej pomyślności życia, to jednak nie zmniejszać, ale powiększać winna w człowieku zdolność osiągnięcia tego najwyższego i ostatecznego z dóbr, na którym się wieczna szczęśliwość ludzi zasadza: dokąd zaś, zaniechawszy religii, zdążyć nie można.
To jednak kiedy indziej obszerniej wyłożyliśmy: obecnie na to zwrócić chcemy uwagę, że tego rodzaju wolność szkodzi bardzo prawdziwej wolności tak rządzących, jak rządzonych. Przeciwnie, religia sprzyja jej dziwnie, bo pierwszy początek władzy z Boga samego wywodzi, i najdobitniej przykazuje, by książęta, pomni swych obowiązków, nie wydawali niesprawiedliwych lub przykrych rozkazów, a ludowi łagodnie i niemal z ojcowską miłością przewodzili. Ona żąda od obywateli, aby prawowitej władzy, jako ministrom Boga, ulegali; z sternikami rzeczypospolitej łączy ich nie tylko posłuszeństwem, ale uszanowaniem i miłością, zakazuje buntów i wszystkich przedsięwzięć, które by porządek i spokój publiczny zaburzyć mogły, a które ostatecznie stają się przyczyną większych ścieśnień swobody obywateli. Pomijamy, ile przyczynia się religia do dobrych obyczajów, a ile dobre obyczaje do wolności. Bo i rozum okazuje, a historia stwierdza, że im więcej uobyczajone są państwa, tym więcej kwitną wolnością i bogactwami i potęgą".

Leon XIII, encyklika "Libertas", 1888 AD, 21-22.

19 sie 2017

Wątpliwości charyzmatyczne

Pamiętacie mój poprzedni wpis, moje modernistyczne rozwagi? Zmieniam zdanie.

***
Opuściłam Wspólnotę Emmanuel całkiem niedawno, bo od lipca. Odeszłam bez urazów i bez większych zastrzeżeń -- i to właśnie jest trudne. Jeślibym uciekła przed nadużyciami i błędami, mogłabym po prostu stwierdzić: to był błędny etap mojego życia. Ale nie było tak.
Jednocześnie osoby, którym ufam, są bardzo sceptyczne wobec wszelakich ruchów charyzmatycznych. Pół roku temu polemizowałam z tym. Dziś patrzę inaczej. Nie stwierdzę na razie arbitralnie "wspólnoty charyzmatyczne są złem", ale jestem skłonna, by w to uwierzyć. Pomimo moich własnych doświadczeń, a częściowo też z ich powodu. Przedstawię jednak nieosobiste źródła wątpliwości.

***
Zastanawiającym jest spotykane czasem zestawienie dwóch wydarzeń z 1 I 1901 AD:
"1 stycznia 1901 r. – ponownie na prośbę s. Eleny, papież w imieniu całego Kościoła wzywał Ducha Świętego śpiewając hymn „Veni Creator Spiritus – O stworzycielu Duchu, przyjdź!” W modlitwie tej Ojciec Święty wyraził pragnienie, aby XX wiek stał się szczególną przestrzenią działania Ducha Świętego.
Dokładnie tego samego dnia na drugim końcu świata w Topeka w stanie Kansas w USA, wielebny Fox Parham prowadził intensywne czuwanie modlitewne ze studentami z Bethel Colege i Bible School. Jedna ze studentek, Agnes Ozman, poprosiła pastora o modlitwę, o chrzest w Duchu Świętym. W chwili, gdy modlił się w jej intencji doświadczyła wylania Ducha Świętego i zaczęła mówić językami. To wylanie, którego później doświadczyli także inni studenci, a także sam Charvles Parham jest powszechnie uznawane za początek pentekostalizmu tj. chrześcijaństwa zielonoświątkowego lub inaczej charyzmatycznego". 
Czy to oznacza, że Duch Święty odpowiedział Papieżowi, Pasterzowi Kościoła katolickiego, poprzez udzielenie darów... heretykom? To było nieco przed SW II. Protestanci zdecydowanie byli postrzegani jako heretycy.
Że Bóg chciał w ten sposób pokazać, że jednak oni nie są heretykami? W takim razie... Po co w ogóle Kościół katolicki? Czyżby Bóg zaprzeczył sam sobie, czyżby zmienił prawdę albo nagle przestał wymagać od człowieka jej uznania?

A może jednak... Szatan okazał się przebiegły i wykorzystał tę okazję? Może "odnowa w Duchu Świętym" jest dzieckiem innego ducha?

Tak, też wiem, że są liczne owoce w powołaniach i dziełach miłosierdzia. Zaryzykuję jednak pytania raczej retorycznego -- a jakie są owoce w zbawionych duszach? Retorycznego, bo wątpię, aby ktokolwiek z nas mógł na nie odpowiedzieć. Warto jednak przy ocenie "skuteczności" wszelakich działań brać pod uwagę to przecie najważniejsze kryterium. Bo szatan może pozwolić na kilku zbawionych, jeśli przez to większość zostanie w jego władzy... On już przegrał, ale wciąż próbuje zrobić tak, aby ludzkość ta walka kosztowała jak najwięcej.

Niestety, ocena owoców nie jest tak łatwa i oczywista, jakby się chciało. Świadkowie Jehowy są mili, przyjaźni i pomocni. Są ofiarni w swojej "ewangelizacji". Mogą być święcie przekonani, że głoszą innym prawdę, która służy ich zbawieniu. Ale całe ich nastawienie nie zmieni faktu -- prowadzą ludzi do piekła, fałszując obraz Boga. Z ruchami charyzmatycznymi może być podobnie, więc zachęcam do ostrożności.

***
"Fundamentalne prace o Duchu Świętym wyszły m.in. spod piór kardynałów: Leona Josepha Suenensa i Yvesa Congara"
"Spod piór kardynałów". Dobre świadectwo? Może... choć warto zapytać o to, kim byli ci kardynałowie. Suenens był jednym z tych, co się sprzeciwili encyklice Humanae vitae. Congar (na marginesie, kardynałem został dopiero w 1994 r.) przez jakiś czas miał zakaz nauczania, a chwałę przyniósł mu SW II (i nie tylko jemu; Sobór ten chyba postawił sobie za cel, aby gloryfikować i czerpać z tych, co kilkanaście lat temu byli uznawani za niepewnych teologicznie).

***
"Następstwem tych kontaktów było podjęcie w styczniu tego roku wspólnej modlitwy oraz przyjęcie z rak protestantów „chrztu w Duchu Świętym”. Z wydarzeniem tym łączyło się doświadczenie mocy Ducha Świętego i Jego charyzmatów. Po raz pierwszy udzielono chrztu w Duchu Świętym katolikom".
Przyjęcie tzw. chrztu w Duchu Świętym z rąk protestantów. Nie, to nie jest powód do chluby, do radości, do świętowania udanego ekumenizmu. To jest stwierdzenie, iż "w Kościele katolickim czegoś brakuje, a to coś mają heretycy... oj, przepraszam, przecież już jesteśmy po Soborze! ...bracia ze wspólnot protestanckich". Poważnie? Czyli pełnia prawdy i środków niezbędnych do zbawienia jest jednak niepełna?
Otrzymali z rąk... Co się przekazuje poprzez nakładanie rąk? Przecież sam dotyk nic nie daje. Skutek następuje wtedy, gdy chodzi o rzeczywistość duchową. A zatem PROTESTANCI -- heretycy i niemający święceń -- przekazali jakąś siłę duchową ochrzczonym katolikom i to miało swój skutek, tzn. gadanie językami. Hm. Coś mi śmierdzi. I nie wiem, czy nie siarką.
UPD Nie tylko mi to śmierdzi, oto głos x. Sławomira Kostrzewy: https://youtu.be/DcnoNw5GOHA?t=37m5s

***
Okazałam się na zewnątrz Wspólnoty i zaczynam coraz bardziej wątpić. Bóg działa pomimo wszystko. Gdzie rozpanoszył się grzech, tam jeszcze bardziej rozlała się łaska. A uczciwe poszukiwanie Boga połączone z niezawinioną nieświadomością tego, w czym się tkwi, mogą rodzić świętych także we wspólnotach charyzmatycznych -- i pewnie tak się dzieje. Ale czy nie lepiej być świętym dzięki Kościołowi, a nie pomimo wspólnoty?...

***
Do rozwagi dołączam jeszcze wykład x. Stehlina. I tak, mam świadomość, że FSSPX nie ma uregulowanego statusu kanonicznego.


10 mar 2017

Rerum novarum, czyli rozwagi modernistyczne

Nie boję się Vaticanum II, nie boję się novum w nauczaniu. Nie dlatego, żebym była przekonana o słuszności wszystkiego, co się pojawiło w ostatnich czasach. Niejednoznaczność stała się powszechniejsza nawet w Kościele. Ale nie jest to jeszcze katastrofa, lecz wyzwanie – szczególnie dla teologów. Stoi przede mną, moralistką, jak i przed wielu innymi, bardziej godnymi i przygotowanymi do tego, zadanie wydobywania ze skarbca rzeczy nowych i starych (por. Mt 13,52). Nie możemy skupić się tylko na starych, bo świat ciągle się zmienia, a Kościół jest posłany do człowieka – aby prowadzić go do zbawienia. Nie tylko tego, który przyjmie za swoje tradycyjne schematy. Trzeba wyjść naprzeciwko człowiekowi współczesnemu.

Tradycja w pojęciu przywiązania do Liturgii „Trydenckiej” nie jest jedyną drogą do zbawienia. Pan Bóg jest hojny. Nie stworzył tylko róż, ale i fiołki, tulipany, rumianki oraz… bukietnicę Arnolda. Ona także ma swoje miejsce w świecie, choćby w porównaniu do innych kwiatów mogła się wydawać potworem. NOM nie jest z istoty zły. Nie jest sam z siebie błędem liturgicznym. Jezus powiedział do swoich uczniów: Wszystko, co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie, a co rozwiążecie na ziemi, będzie rozwiązane w niebie (Mt 18,18b). Obrzędy liturgiczne wchodzą w zakres tej odpowiedzialności, dlatego NOM jest i ważny, i godziwy. Nie mówię, że najlepszy.

Kościół jednak od początku był różnorodny i tego się nie bał. Byli tam Hebrajczycy, Rzymianie, Grecy, Ormianie… Każda wspólnota czymś się wyróżniała. Apostołowie nie dążyli do ujednolicenia, by wszędzie było tak, jak np. w Jerozolimie. Co więcej, jeśli przypomnieć sobie dzieje tzw. Soboru Jerozolimskiego, to można stwierdzić: Kościół nie chce „urawniłowki”. Dla pochodzących z pogaństwa uznano kilka podstawowych reguł, ale nie narzucano im całego Prawa mojżeszowego, choćby wspólnoty pochodzenia żydowskiego funkcjonowały w ten sposób.

W kręgach tradycyjnych czasem pada stwierdzenie, że wszelakie wspólnoty charyzmatyczne – nawet te uznane przez Kościół katolicki – są złem, bo wyrosły z protestantyzmu. Zastanawiałam się nad tym. Widzę logikę, niepokoję się możliwością przyjęcia duchowości schizmatyckiej poprzez przejęcie jej form, ale nie uznam samej genezy za rozstrzygającą. Dlaczego? Bo protestantyzm nie powstał ex nihilo. Też ma swoją genezę. Jest odłamem od Kościoła katolickiego. Czy przez to jest z natury dobry, bo przecież dobre drzewo nie rodzi złych owoców?.. Czy może być z natury zły, jeśli buduje na fundamentach ewangelicznych?.. Źródłem podziału jest grzech, i on jest zły z natury. „Dobry grzech” to oksymoron. Ale zło to działa tam, gdzie jest jakieś dobro – inaczej nie miałoby przestrzeni, by zaistnieć. W protestantyzmie jest jakieś dobro. Tak, jak było w pogaństwie.

Zupełnie na marginesie, ciekawe jest, że wielu „tradsów” jest fanami Tolkiena, uznającego wartość pogańskich mitów, a jednocześnie traktuje wszystko, co jest poza Kościołem katolickim, jako złe i niegodne uwagi…

Niemało jest osób, które trafiły na NFRR, uciekając od nadużyć w takich grupach. Rozumiem to. Rozumiem i uznaję fakty – są wspólnoty, które stwierdziły, że słyszą Ducha Świętego lepiej niż lokalny biskup. Ale czy to naprawdę jest kwestia tylko współczesności? Czyżby fałszywe objawienia i sekty były wymysłem XX-XXI wieków?

Sama przechodzę drogę od wspólnoty charyzmatycznej do duchowości tradycyjnej. Nie jest to jednak próba „wyrwania się z błota, w które się wpadło”. Absolutnie nie. Dostrzegam ogromne dobro, jakie dała mi i daje innym Wspólnota Emmanuel. To tam poznałam Serce Jezusowe, któremu się oddałam. To tam odkryłam wartość Adoracji, osobistego cichego przebywania z Bogiem, bez którego nie potrafię funkcjonować. To tam utwierdzałam się w przekonaniu, że Liturgia jest ważna – choćby niezupełnie teraz mi odpowiadała jej forma "emmanuelowa". Wspólnota nauczyła mnie uwielbienia – uznawania majestatu, dobroci, miłości Pana Boga bez względu na to, czy czuję się w tym momencie szczęśliwa i zadowolona z życia, czy przeżywam trudności. To Wspólnota mnie uczyła Hiobowego: „Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie błogosławione!” (Hi 1,21b). Wspólnota nawet podjęła się – poprzez swoją główną zasadę współżycia „Nie krytykuj!” – bardzo trudnego zadania, by oduczyć mnie krytykanctwa i narzekania. Jestem twardym orzechem do zgryzienia pod tym względem, ale wiem, że jest lepiej niż kiedyś. Długo by zajęło wymieniać wszystkie dary, które otrzymałam przez Wspólnotę. W ciągu tych niecałych 9 lat, co jestem z nią związana, uzbierało się ich wiele.

Dlaczego więc stwierdzam, że jestem na drodze „od” Wspólnoty? Bo bliższe mi jest coś innego. Bo lubię reguły, porządek i – jakby ujął to obecny papież – „sztywność”. Dla mnie duchowość tradycyjna jest głębsza i, że tak ujmę, bezpieczniejsza. Potrzebuję pewnej drogi, sprawdzonych metod. Bardzo cenię to, co oferuje Tradycja, i nie chcę wybierać czegoś innego zamiast. Ale nie ośmielę się stwierdzić, że inne duchowości nie dają wystarczająco dla świętego życia i zbawienia. Główną metodą rozeznania, czy coś jest dobre, są owoce. Tak poucza Pismo (por. Mt 7,16). Widzę, jak przeżywają cierpienie osoby z mojej Wspólnoty (np. pierwsze trzy małżeństwa z tego wideo), i stwierdzam, że nie da się tego zrobić bez żywej i szczerej wiary. I to nie jest wiara „pomimo Wspólnoty” – ona tam wzrasta, kształtuje się, dojrzewa. I we Wspólnocie przechodzi próby. A przecież nie tylko ludzie z Emmanuela tak mają…


Jestem przekonana, że są osoby powołane do życia złączonego ze wspólnotą charyzmatyczną. Powołane do uczestnictwa przez całą swoją ziemską wędrówkę w NOM-ie. Jak i te, które powołane są do bycia „tradsami”. Wszyscy są potrzebni. Nawet zaryzykuję stwierdzenia, że w dzisiejszym świecie wszyscy oni – my – są niezbędni. Bóg dał człowiekowi wolność. Możemy wybierać cokolwiek. Chcąc być posłuszni Bogu, nadal możemy wybierać cokolwiek – poza grzechem. W świecie jest wiele dobra do zrobienia. Dla każdego znajdzie się swoje zadanie.

13 sty 2017

"Domine, non sum dignus... sed..."

Domine, non sum dignus...
Panie, nie jestem godzien, o czym wiesz dobrze. Nie jestem godzien, bo NIKT nie jest godzien. Nie ma nikogo równego Tobie.

sed...
ale... Panie, ośmielam się powiedzieć "ale"! To mój wyraz wiary. Wierzę, że możesz zaradzić tej mojej niegodności.

tantum dic verbo...
powiedz tylko słowo... Bo tego wystarczy! Panie, przed każdym przyjęciem Cię do swojego wnętrza powtarzam słowa setnika -- tego, który miał większą wiarę, niż członkowie ludu wybranego (por. Mt 8,10). Powtarzam jego wyznanie wiary, bo też wierzę -- chcę wierzyć! -- iż wysłuchasz mnie. Moja dusza będzie uzdrowiona. Nie odmówiłeś ufnej prośbie setnika. Wierzę, że mi też nie odmówisz.

***
"Domine, non sum dignus" nie jest aktem skruchy. Jest aktem ufnej wiary Bogu i Panu.

A co z klęczeniem i uderzeniem się w pierś?
Klękanie w tradycji wschodniej oznacza pokutę. Nie na darmo pojawia się w Wielkim Poście, w Liturgii Uprzednio Poświęconych Darów. Lecz inaczej jest w tradycji łacińskiej. W pierwszej kolejności jest to dar uwielbienia, adoracji i czci. Liturgia w formie nadzwyczajnej, gdzie postawa ta jest bardzo częsta, nie jest ciągłym samoponiżaniem się biadującego i nieszczęsnego grzesznika. Przeciwnie, jest zachwytem i dziękczynieniem kogoś, kto jest świadom nie tylko własnej grzeszności, ale i szczególnego wyniesienia -- kogoś, kto został dopuszczony do Największej z Tajemnic.

Uderzenie się w pierś natomiast czyni tę modlitwę bardzo osobistą. To JA nie jestem godzien, ale też to MOJA dusza będzie uzdrowiona. Jest to też "reanimacja". Nie chcę odklepać formułki, bo jest w mszaliku. Chcę obudzić swoje serce przed najważniejszą chwilą, gdy Pan wchodzi do mego wnętrza. Może coś mnie rozproszyło, może chwila ciszy podczas przyjęcia Komunii św. przez kapłana nie skupiła mojej uwagi. Uderzam się -- niech poprzez doświadczenie ciała obudzi się i dusza!

3 sty 2017

Fiat voluntas Tua...

Przecież wiem, że będzie dobrze. Wiem, ze Bóg prowadzi droga najlepszą... Choć nierzadko denerwują mnie fragmenty z Biblii o "prostych ścieżkach", którymi Pan prowadzi. Bo "prosta" nie oznacza "krótka", "bez zakrętów", "bez przeszkód". Prosta, czyli taka, która wiedzie wprost do celu... Co zaś jest celem? Niebo... Podstawowym, głównym i jedynym naprawdę liczącym się. Przecież "potrzeba tylko jednego".

Boję się bardzo. A przecież wiem, że nie przychodzi na człowieka nic większego, niż on może znieść. I że gdy przyjdzie czas na jakąś trudną decyzję, to wtedy będę na nią gotowa. Bóg nigdy nie opuszcza ani nie wymaga więcej, niż mogę Mu w tym momencie dać.

"Raduj się w Panu, a On spełni pragnienia twego serca". Tylko czego tak naprawdę chcę? Jakie są te moje pragnienia? On, który mnie stworzył i zna "moją istotę", wie najlepiej. I wierzę, że właśnie te pragnienia spełni, te najgłębsze i najprawdziwsze. Tylko jakże ja się boję, że okłamywałam się przez życie co do swoich pragnień... I jak przykro to odkrywać. Przychodzi pytanie: czy nie dało się łatwiej? Czy ta prosta ścieżka nie mogła być prościejsza?

Niektórzy znajomi uważają, że jestem życiowo nieogarnięta. Zgaduję, że chodzi im choćby o to, że nie szukam pracy... Nie mam takiej potrzeby i może nigdy nie będę miała. Nie muszę się przejmować napisaniem CV. Wierzę też doświadczeniu Reginy Brett, że "Bóg zawsze znajdzie ci pracę".

Chyba dla części ludzi wyglądam jako wyznawczyni kwietyzmu. Na pytania o przyszłość nierzadko odpowiadam, że "nie wiem, ale On [kciuk w górę] wie". Bo naprawdę w to wierzę... O wiele gorzej z zaufaniem Mu. Boję się Jego woli. Przekonuję innych, że Bóg jest dobry, ale tak trudno mi samej w to wierzyć...

Czuję się, jakbym przechodziła próbę Abrahama. Ale on nie wiedział, ŻE to jest tylko próba... Ja nie wiem, CZY to jest próba. Wiem, że powinnam zdobyć się na zaufanie. Jedyna rzecz, która naprawdę się liczy, to oddanie Mu. We wszystkich sprawach, w każdej życiowej sytuacji, pomimo niezrozumienia ze strony innych. Tak, "troszcz się Ty" to piękne słowa. Chcę wprowadzić je w życie. Wiem, że bez totalnego zaufania do Boga nie będę umiała podjąć żadnej poważnej funkcji. Zawsze będę wątpić, czy zrobiłam dobry wybór. Zawsze będę miała niepokój, że zrobiłam za mało. Zgryzie mnie zazdrość i lęk.

Nie wiem, co mnie czeka, choć wiem, co postanowiłam. Jak to się dalej potoczy? Wędruję pomiędzy nadzieją i rozpaczą. We łzach znajduję pocieszenie. Czasem zaś śmieję się z siebie i ze swoich lęków. Przecież wierzę... Przecież naprawdę wierzę. Ale czy może wiara być prawdziwa bez nadziei?...
***
Oto oznaka miłości bliźniego: sprawić, aby mógł on pokochać swoją Najświętszą Matkę i przez Nią odnalazł jedyną Drogę, Prawdę i Życie -- Jezusa Chrystusa. W porównaniu z tym głównym zadaniem życiowym wszystkie inne okoliczności są drugorzędne. Krótkie czy długie życie, powołanie do kapłaństwa lub życia zakonnego albo małżeństwo, życie aktywne bądź kontemplacyjne, biedne czy bogate, publiczne czy ukryte, w kraju czy zagranicą... Z pewnością Bóg poprzez Maryję pozwoli nam rozpoznać szczegółowe powołanie, jeśli tylko nie zapomnimy o naszym powołaniu najistotniejszym, głównym celu naszego życia.

ks. K. Stehlin FSSPX. "Gwiazda przewodnia czasów ostatecznych". Warszawa: "Te Deum" 2016, s. 74.

9 wrz 2016

Fatalny wybór

Bogu NAPRAWDĘ nie przeszkadza ŻADNA nasza zła decyzja, oprócz terminalnego odrzucenia Go. Przecież żaden nasz wybór, dopóki żyjemy, nie może być bardziej fatalny od wyboru Prarodziców. Ale nawet na ten najgorszy wybór Bóg miał miłosierną odpowiedź! Miał wyjście, i choć ono wymagało OD NIEGO zapłacenia najwyższej ceny, nie zawahał się tego zrobić. Czyż może JAKAKOLWIEK nasza decyzja być gorsza od "zerwania jabłka"? Zatem na pewno na wszystko Bóg ma rozwiązanie i zrobi dosłownie WSZYSTKO, by nas uratować, jeśli tylko Mu na to pozwolimy...

2 wrz 2016

"Stare jest lepsze"

«Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków. Kto się napił starego wina, nie chce potem młodego - mówi bowiem: "Stare jest lepsze"». (Łk 5,37-39).
***
Słysząc dziś tę Ewangelię, miałam mocne skojarzenia z tradycjonalizmem. Czy twarde trzymanie się nauczania przedsoborowego, a niechęć do Vaticanum II nie jest tym stwierdzaniem, że "stare jest lepsze"? I czy próba "nawracania" dzisiejszego świata do tamtych reguł nie jest laniem nowego wina do starych bukłaków, co skończy się tragedią?

Sama spróbowałam "starego wina", i rzeczywiście bardziej mi smakuje. Tylko czy oznacza to, że trzeba odrzucić nowe? Przecież stare też kiedyś było... młodym. Młodym, które przetrwało próbę czasu, nie zepsuło się, nie stało się octem.

Poza tym... Według komentarza Tysiąclatki, tu jest "aluzja do Starego Prawa i do nowej nauki głoszonej przez Jezusa". Stwierdzenie "stare jest lepsze" nie jest więc pochlebnie ocenione przez Chrystusa. Może jednak aggiorniamento nie jest złe?
***
Tak, wiem, nie interpretuję zgodnie z zasadami. Dzielę się wewnętrzną refleksją, co przyszła mi podczas Mszy św. I boję się, że może być słuszna, bo... wolę "stare wino".

7 lip 2016

Przecież On prowadził od zawsze!..

Często boję się, że popełnię w życiu błąd. Że wybiorę nie to, co trzeba -- nie to, co mnie poprowadzi do szczęścia. Będąc w nienajlepszym humorze dzisiaj, spróbowałam na Adoracji uwielbiać. Takie uwielbienie "pomimo wszystko" jest trudne. Potrzebne dla niego:
1) Uznanie, że Bóg jest Panem świata i kochającym Ojcem, który chce mojego dobra i szczęścia i do niego prowadzi.
2) Postanowienie, że w takim razie naprawdę mogę (choćby przez chwilę...) nie przejmować się swoimi problemami.
3) Uwielbianie. Pieśnią, słowami -- niech i powtarzanym tym samym "Jesteś moim Panem, Tyś jest Prawdą, Ty jesteś Miłością, Ty jesteś sensem mojego życia" -- wpatrywaniem się w Obecnego.

Udało mi się dzisiaj. Udało się, pomimo dziwnego smutku (który, może, był "zapłatą" za wczorajszą refleksję o otrzymanych łaskach i decyzję radowania się -- zapłatą, tzn. sprawdzianem, możliwością potwierdzenia decyzji w warunkach mniej sprzyjających). Myśli jakoś sięgnęły do przeszłości, do obrazków z dzieciństwa...

...Mój pokój w starym mieszkaniu. Książki -- sporo książek na moich półkach. I jedna szczególna półka-kapliczka. Kiedyś dawno podpatrzyłam u znajomej siostry zakonnej "ołtarzyk" i jakoś to przejęłam. Miałam półkę z obrazkami, różańcami, aniołkami, "relikwiami" i literaturą religijną. Moją kapliczkę, domowy ołtarzyk...
...Niestety, nie było w rodzinie praktyki wspólnej modlitwy. Sama się jednak modliłam, czytałam pacierz z modlitewnika. Nawet nie wiem, kiedy zaczęłam i dlaczego... W rodzinie jednak była atmosfera religijna. Po prostu to było normalne. Chodziłam z rodzicami do kościoła. Uczestniczyłam w różnych kościelnych wydarzeniach razem z tatą. Jeździłam razem z nim do parafii poza Mińsk, kiedy woził tam księży. Tak po prostu kiedyś było...
...Nie pamiętam swojej matki chrzestnej. Zniknęła jakoś wcześnie. Kojarzę tylko imię: Ludmiła. A może się mylę?... Ojciec chrzestny zajmował się moim wychowaniem chrześcijańskim -- jako proboszcz mojej parafii Sprawiedliwego Józefa. Rodzice troszczyli się o to wychowanie w sposób niezorganizowany. Katechezy w szkole u nas nie było, a przy parafii czasem bywała szkółka niedzielna, którą mało co pamiętam...
...Czytałam Pismo Święte. Przeczytałam całość -- sama z siebie, bez żadnego zmuszenia. Rozważałam je też, wypisywałam jakieś cytaty. Czytałam jakieś teksty chrześcijańskie. Uważałam też na to, co było napisane w modlitewniku (dziwi mnie, gdy ktoś z parafii jeszcze nie umie odnaleźć odpowiednich troparionów...). Ale nie wczytywałam się w komentarze, nie interesowałam się filozofią...
...W modlitewniku był rachunek sumienia. Rzadko, bardzo rzadko chodziłam do Spowiedzi. Ale idąc, przygotowywałam się z tego rachunku, który składał się z wielu pytań na różne tematy. Odpowiadałam na nie i spowiadałam się według tego rachunku. Po latach jeszcze mówili mi, że bardzo się przygotowuje do Spowiedzi. Chyba nabawiłam się trochę skrupulatnego sumienia. Wciąż ja, licencjat teologii moralnej, chodzę do Spowiedzi z karteczką. Ale nie o dziś na razie mowa. Nauczyłam się z tego rachunku sumienia pewnych rzeczy, np. tego, że w niedziele i święta trzeba być na Liturgii...
...W czasach liceum nadszedł czas dorastania w wierze. Wyjeżdżając z liceum na kilka tygodni za granicę, stawałam w sytuacji, gdy nikt nie mówił, że mam iść do kościoła. Właściwie, to nie pamiętam, do jakiego czasu mówiono mi o tym w domu. W każdym razie, tu byłam w sytuacji, gdy wszystko zależało tylko ode mnie. I ja próbowałam chodzić na Mszę. Nie pamiętam tego, tylko o tym wiem. Wiem, że wtedy dorastałam w wierności wierze. Bierzmowanie miałam w dzieciństwie: jako grekokatoliczka przyjęłam wszystkie sakramenty inicjacji razem. Czas liceum (14-18 rok życia) jednak i dla mnie był czasem potwierdzania decyzji o byciu wierzącą...
...Najbardziej niesamowita rzecz. Wybór teologii jako kierunku studiów. Przypadek (jak inaczej mówi się o Bożej Opatrzności) i żart (najlepszy żart w moim życiu). Absolwenci mego liceum mogli wyjechać do Polski na studia. Bardzo ciekawe, że ja przez lata lubiłam Polskę i chciałam tam wyjechać. Ale akurat na ostatnim roku liceum to się odmieniło: zaangażowałam się w działalność społeczno-polityczną, miałam znajomych, a nawet zdarzył mi się chłopak. Chciałam zostać na Białorusi. Gdy więc zaczytano nam w liceum listę kierunków, na które możemy jechać do Polski, słysząc "teologia", powiedziałam żartem do koleżanek, że może to -- po prostu ze swej grupy licealnej byłam najbardziej praktykująca, a wiedziałam, że teologia jakoś tam się wiąże z religią. Nie wiedziałam, na czym naprawdę polega. Na tej liście kierunków były też inne całkiem sympatyczne, które mnie interesowały, np. psychologia. W każdym razie to była tylko lista, a i tak nie chciałam wyjeżdżać. Myślałam o wpisaniu się na wszelki wypadek, jako plan B, jeśliby coś nie wypaliło na Białorusi. Przyszłam do domu i powiedziałam swój żart tacie. W odpowiedzi usłyszałam coś w rodzaju: "Czemu nie? Wyuczysz się, potem będziesz tylko jeździć z konferencjami po świecie -- za godzinę gadania będą Ci dobrze płacić". Wyobrazić tylko, że uwierzyłam... I nie tylko uwierzyłam. Rzeczywiście za swój plan B wzięłam teologię, a nie psychologię czy stosunki międzynarodowe...
...Byłam dość dobrą i inteligentną uczennicą. Choć w liceum miałam z niektórych przedmiotów takie oceny, o jakich w szkole bym i nie pomyślała (tam byłam jedną z najlepszych), to ogólnie było całkiem nieźle, szczególnie pod koniec nauki. Próbowałam dostać się na filologię angielską. Nie udało się. MI, która była taka inteligentna, NIE UDAŁO SIĘ DOSTAĆ NA UNIWERSYTET. To był szok i porażka -- dla mojej pychy. Przegrałam. Co dalej? Wariantów było trzy: iść na odpłatne studia (nie wchodziło w grę ani finansowo, ani ze względu na moją pychę...), czekać rok (bałam się, że po takiej przerwie nie zechce mi się uczyć) albo korzystać z planu B. Cóż, porażka wymusiła na mnie realizację wcześniejszych marzeń -- wyjazd do Polski...
...Trochę osób z mojej grupy też pojechało do Łodzi na kurs języka polskiego przed studiami. Wyrwaliśmy się z domów, spod skrzydeł rodziców. Wiadomo, różnie to się kończy... Ktoś zaczął się bawić, ktoś nie wytrzymał rozłąki i wrócił do domu. Ja zaś wpadłam w sidła... salezjańskiego duszpasterstwa akademickiego i Odnowy w Duchu Świętym. Gdy sobie to dziś uświadamiam, to podziwiam i wychwalam Boga! Nie, raczej nie należę do typu, który zaczyna szukać kłopotów, jak się wyrwie na wolność. Zresztą, miałam i w domu sporo wolności. Ale i tak rozumiem, że mogło być różnie, a stało się tak, jak się stało. Przyszłam na Mszę, bo tak trzeba. Przyszłam do DA, bo mieli tam kawiarenkę. Przyszłam do Odnowy, bo lubiłam śpiewać piosenki religijne (nie miałam pojęcia, o co chodzi z charyzmatykami). W DA uczyłam się języka polskiego przez długie rozmowy z przyjacielem. I zaczęłam chodzić częściej na Mszę, bo głupio mi było przychodzić tylko do kawiarenki, gdy wiedziałam, że mam czas, a godzinę przed kawiarenką jest Msza...
...Mogłam zmienić kierunek. Mogłam napisać do Ministerstwa i poprosić o inny. Nie byłoby pewnie żadnego problemu. Zresztą polskiego uczyłam się w grupie przyszłych psychologów, bo nie było oddzielnej grupy dla przyszłego teologa. Ale nie lubię biurokracji... Tak, byłam gotowa nie dbać o swą przyszłość i zgodzić się na żartem wybraną teologię, aby nie bawić się papierkami. Aż dostałam informację, że nie mogę iść na KUL, bo mam stypendium przyznane tylko na trzy lata, a jedyne miejsce, gdzie można studiować teologię przez trzy lata, to Kraków. Rzecz do tego czasu niewyjaśniona i tajemnicza, jak to jest możliwe, bo teologia jest jednolita... W każdym razie przy wsparciu swoich nauczycielek postanowiłam się nie poddawać. I napisać list do Ministerstwa. List, w którym stwierdziłam, że będę sama płacić za ostatnie dwa lata, ale chcę studiować na KUL lub ewentualnie UKSW. List dotarł. I przyszła zgoda. Ostatecznie obydwie uczelni mogły mnie przyjąć, ale wiedziałam -- KUL jest najlepszy...
***
Podziwiam mądrość Bożą w tym wydarzeniu. Wie, że człowiekowi bardziej zależy na tym, o co walczył. Zawalczyłam o KUL i teologię -- i już nie odeszłam.
Jeszcze bardziej jednak mnie zachwyca inna rzecz. Nie marzyłam nigdy o byciu teologiem. Nawet nie wyobrażałam, co to znaczy. Ale urodzona w Uroczystość Wniebowzięcia, twierdzę, że Maryja zajęła się moim wychowaniem. I widzę, że Pan przygotowywał mnie do teologii. Delikatnie. Poprzez drobne wydarzenia, moje małe decyzje, moje porażki, żarty i "przypadki". Przecież te przedługie wspomnienia są tylko malutką częścią! Całe moje życie wiodło mnie na KUL. A tym, o czym w swoim życiu mogę powiedzieć z przekonaniem, że jest to dobre i daje mi szczęście, to właśnie są moje studia. Serce rozrywa mi się na samą myśl, że mogłabym nie być teologiem. Tak, wiele jest innych rzeczy, które też mnie pociągają i interesują, nawet ta sama filologia angielska. Może wzięłabym sobie drugi kierunek. Ale nigdy bym nie wymieniła swoich studiów na jakiekolwiek inne! Kocham teologię. Nieważne, że nie wiem, co będę robiła w przyszłości -- mocno wierzę, że skoro Bóg mnie tu przyprowadził (a akurat co do tego, to mam sporą pewność chociażby w świetle powyższych wspomnień), to wie, po co to wszystko.
Dziś wszakże te wspomnienia poprowadziły mnie ku jeszcze jednej myśli, tak niesamowitej, gdy do mnie dotarła, że uwielbienie staje się o wiele łatwiejsze. Bóg prowadził mnie najlepszą możliwą drogą i skierował na KUL na teologię, gdy jeszcze nie szukałam tak bardzo Jego woli. Dlaczego więc boję się swoich błędów teraz, gdy oddałam się Jego Najświętszemu Sercu? Czyż może On nie pokierować mnie na ścieżkę szczęścia i spełnienia teraz, gdy to z większą świadomością oddałam Jego woli? Niech będzie uwielbiony nasz Pan w swojej niesamowitej Miłości!
***
Ale nie będę kłamać: nadal się boję. Boję się bólu swoich niespełnionych planów i nieodwzajemnionych uczuć. I boję się swoich prób "manipulowania" Bogiem. Wiem, że się nie podda -- ale ja wciąż nie umiem po prostu powiedzieć: "Troszcz się Ty i zrób tak, jak TY chcesz". Ja wiem, że Bóg ostatecznie zwyciężył. Mam nadzieję, że mój ostateczny los też jest już wiadomy -- bo wierzę Jego obietnicom, jak też ufam, że moja próba miłości Go nie zostanie niezauważona. Ale nie chcę, żeby moje życie z Jezusem zaczęło się dopiero po śmierci. Chcę należeć do Niego tu, na tej ziemi, na tym "łez padole", na którym zamierzam być szczęśliwa -- bo wiem, że On tego chce.

28 cze 2016

Moje Adoracje

"Najważniejsze chwile życia to te godziny modlitwy i adoracji. Rodzą one byt, kształtują naszą prawdziwą tożsamość, całe życie zakorzeniają w tajemnicy"*.

Te momenty Adoracji... Cudowne i niezapomniane, choć czasem i bolesne.

Strzelczyska, Ukraina. To nawet nie była kaplica... Adoracja w szkole czy coś takiego. Tam podjęłam decyzję -- fatalną, ale pod warunkiem: "Boże, jeśli chcesz, możesz zrobić inaczej". Zrobił. Na całe szczęście! Bolało... ale było właściwie.

Madryt, ŚDM. Wchodzę do kościoła, a tam właśnie chowają Pana Jezusa. Smutek... Ale zaraz Go wystawiają z powrotem -- i zaczyna się czuwanie. Prowadzone przez moją Wspólnotę!

Wtedyż. Namiot Adoracji... Jestem samotna, ale przy Nim zawsze jest inaczej.

I dalej Madryt. Uparłam się, że znajdę kościół, który się znajduje pod opieką mej Wspólnoty. Gdy chciałam już skończyć poszukiwania -- znalazłam. Tylko chwila Adoracji. Tylko chwila, a pamiętam, że się ucieszyłam...

Kaplica Wieczystej Adoracji, Mińsk. Nie lubię tej kaplicy, jest w piwnicy, taka ciemna... Ale dużo przeżyłam i przeżywam tam. I pewnie jeszcze przeżyję... Miejsce kolejnej fatalnej decyzji z takim samym warunkiem... i skutkiem. Być czy nie być... razem? "Boże, być, ale możesz zmienić". No to zmienił. Bolało jeszcze bardziej... 

Półtora roku kryzysu, zwątpienia, pytań... I w końcu "Nie chcę już gdzie indziej szukać życia, nie chcę już wybierać innych dróg, nie chcę już próbować w nieskończoność, nie chcę już bez Ciebie żyć" (https://youtu.be/L7zWScTszgE). Błogosławiony kryzys, który pozwolił wybrać Boga bezwarunkowo, nie za to, że "wszystko gra". Pomimo...

Kościół akademicki KUL. Wróciliśmy do siebie, a chyba znowu będziemy musieli się rozstać... Boję się wyjazdu, bo po nim pewnie to wszystko się skończy, ale cóż... I przychodzi radość: nadprzyrodzona, nagła, trwająca kilka godzin i rozciągająca twarz w uśmiechu. "Boże, skoro Ty potrafisz dać taką radość w takim bólu, to nie ma czego się bać! Na wszystko dasz siłę!"

Rozstanie nie przyszło wtedy. Trzeba było jeszcze przeżyć i przeboleć. To było spore cierpienie, ale i czas łaski... Modliłam się o Boże szczęście dla niego. Sama go dostąpiłam. Jak nigdy wcześniej zrozumiałam, że Bóg mnie kocha. Taką, jaką jestem.

Nowy Targ. Miała być tylko Msza, ale po niej zaczęła się Adoracja. Zostałam długo, choć i nie byłam tam sama. Przyjaciel, co był ze mną, stwierdził po jakimś czasie, że mam na niego "zły wpływ", bo przeze mnie już parę razy został po Mszy w kościele dłużej. Jakże się cieszę, gdy mogę tak wpływać!

Kraków. Mam odpowiedzialność za kuchnię na spotkaniu wolontariuszy. Brakuję mi pomysłów, czasu i spokoju. Wstaję wcześnie, by nikt mi nie przeszkadzał. Opuszczam niektóre punkty programu. Nie umiem poprosić o pomoc. Złoszczę się. I w tym wszystkim MUSZĘ choć na chwilę wpaść do kaplicy. Inaczej się nie da...

Pielgrzymka po świętokrzyskim. Mamy bogaty program, w tym i modlitewny, ale przecież mam swoją "godzinę Adoracji". Wstaję wcześniej i idę do kaplicy. Dlaczego tu potrafię, a w domu śpię przez tyle godzin?... Potrzebuję tego czasu ciszy, czytania Pisma Świętego, bycia. Tak jest, choć i dziwię się temu.
***
Takich momentów jest więcej. I niech będzie jeszcze więcej.
Adoracja jest przebywaniem przy samym Sercu Jezusa. Po Komunii świętej jest najbliższym byciem z Bogiem. Jest przedłużeniem Eucharystii.
Otrzymałam ogromną łaskę poznania Adoracji -- dzięki Wspólnocie. Walka o częstsze przebywanie z Nim trwała kilka lat. Przekonywałam siebie, że warto. Szłam na siłę. Nadal tak często jest. Nadal nie umiem po prostu z Nim być -- ciągle gadam, albo marzę przy Nim, albo śpię.. Skarżę się Jemu, wypłakuję i narzekam. A On wciąż jest. Cierpliwy. Obecny. Pragnący mojej obecności. Jak to jest możliwe, że naprawdę na mnie czeka? A wiem, że tak jest. Wiem, że tego chce. I pociąga mnie ku sobie. Nauczył mnie siebie pragnąć. W chwilach zabiegania i trudu po prostu wiem: muszę iść do Niego. To jest warunek przeżycia.

*R. Sarah, N. Diat, Bóg albo nic. Rozmowa o wierze, Warszawa 2016, s. 99.

4 maj 2016

"Prawda, kłamstwo, albo...? Usprawiedliwione sytuacje mówienia nie-prawdy"

I jeszcze trochę samolubstwa. Moje wystąpienie na XLVIII Tygodniu Eklezjologicznym Między teologią a pobożnością. „Prawda wiodąca do życia w pobożności” (Tt 1,1)

Jak na mój gust, to ten referat mi ładniej wyszedł :)

"Niech co dnia bierze pierścień swój i niech Mnie naśladuje?"

Czy Jedyny Pierścień może być symbolem krzyża codziennego? Rozważałam na ten temat podczas konferencji „…dzieło zasadniczo religijne i katolickie”? Teologia, światopogląd i świat wartości w twórczości J. R. R. Tolkiena

Więcej informacji i pozostałe nagrania tu: https://tolkien.wordpress.com/

4 mar 2016

Śmiertelny dar (felieton z 2014 roku)

Ks. Twardowski pisał, jest większym ryzykiem rodzić się, niż umrzeć tak powszechnym doświadczeniem jest śmierć. Paradoksalnie, jest ona też jedną z największych tajemnic. Niektórzy wolą się nie wdawać w rozważania o niej, uważając je za niepotrzebne przypominanie o nieuchronnym tragicznym losie. Dla innych zaś tematyka ta staje się bardzo ważna. Tak było z Tolkienem.
Tajemnica
Człowiek, gdy nie umie wyrazić czegoś wprost, zaczyna używać metafor. Tak w Liściu, dziele Niggla Profesor przedstawił moment śmierci jako nieuniknioną podróż. Cechą wszakże wszelkich porównań – szczególnie dotyczących rzeczy metafizycznych – jest ich niewystarczalność. W obliczu niektórych tematów należy więc, jak się wydaje, uznać w pokorze, że przerastają one wszelakie zrozumienie. W świecie Tolkiena ostateczny los człowieka jest właśnie taką tajemnicą: nawet aniołowie opiekujący się światem nie wiedzą, gdzie odchodzą ludzie po śmierci.
Ignorancji potężnych duchów było wszakże Profesorowi za mało. Uwydatnił jeszcze tę niewiadomą, jaką jest kres życia ludzkiego, zasiedlając Ziemię innymi istotami rozumnymi i wolnymi, acz nieśmiertelnymi! I oto człowiek poznaje elfów, którzy żyją, aż się zmęczą lub zostaną zabici – i wtedy duch ich przechodzi do miejsca oczekiwania – ale później mogą wrócić do swojego ciała. Krasnoludy po długiej ziemskiej egzystencji, podobno, też lądują w tym samym miejscu, co elfowie, a ich wodzowie nawet przeżywają reinkarnację! Potomek ludzki zaś wie tyle, że po śmierci odchodzi gdzieś w niewiadome.
Lęk
Niewiadome napełnia obawą. Tym większą, im mniejsza jest możliwość odwrotu, jakby coś poszło nie tak. Nic więc dziwnego, że śmierć może wydawać się straszna. Tyle, że lęk ma różne oblicza. Walka o to, aby nie utracić życia, jest częścią natury człowieka i zwie się instynktem samoobronnym. Natomiast jest inny rodzaj strachu, który opanował Numenorejczyków, mieszkańców tolkienowskiej Atlantydy. Oni żyli trzy razy dłużej, niż pozostali ludzie, a w końcu i tego im się zrobiło za mało. Dlaczego? Oto ich odpowiedź: Jakże możemy nie zazdrościć Valarom czy bodaj najmniejszej istocie nieśmiertelnej? Żąda się od nas ślepej ufności, nadziei niczym nie poręczonej, skoro nie wiemy, co nas w bliskiej przyszłości czeka.  Woleli więc życie doczesne z jego troskami i bólem, ale za to znajome.
Człowiek jednakże nie zawsze chce wszystko przewidzieć. Chociażby nieprzemijająca obecność na półkach sklepowych „Kinder niespodzianek” wskazuje na ludzkie pragnienie bycia zaskakiwanym. Jest tylko jeden warunek: ten, który przygotowuje niespodziankę, powinien być kimś życzliwym. I tu jest właśnie pies pogrzebany! Numenorejczycy nie mieli odwagi umrzeć, bo przestali ufać Stwórcy, a śmierć postrzegali jako karę. Tolkien wszakże w Silmarillionie podkreślał, że to dopiero Nieprzyjaciel ludzkiego rodu skaził swoim cieniem ten dar Iluvatara.
Dar
Według Profesora, śmierć jest dla ludzi przeznaczeniem, darem, którego nawet Valarowie zmęczeni brzemieniem tysiącleci mogą im pozazdrościć. Elfowie, krasnoludy, a nawet Valarowie są z tym światem związani i nie mogą się od niego wyzwolić, aż przeminie. Człowiek zaś po śmierci odchodzi, aby już nigdy nie powrócić. Gdzie? Nawet najmądrzejsi z mądrych u Tolkiena nie wiedzą. Pewni jednak są, że prawdziwa Ojczyzna człowieka leży poza granicami rzeczywistości widzialnej i nic ani nikt (poza samym Stwórcą) nie może zmienić tego przeznaczenia. Jak do przyrody elfa należy nieśmiertelność, tak dla istoty ludzkiej właściwe jest umieranie. Jest jednym z elementów stanowiących o jej człowieczeństwie. Jedna z miłośniczek Tolkiena, Hyalma, ujęła to w zdaniu, iż bez śmierci człowiek by nie istniał.
Mortalitas nie jest jednak czymś, co samo z siebie tworzy osobę ludzką, ale jest darem wolności, świat bowiem jest okrągły, skończony i stanowi krąg, z którego nie można uciecchyba że poprzez śmierć. Śmiertelność jest zatem powołaniem do transcendencji, czyli przekraczania granic. W tolkienowskiej rzeczywistości jednak nie ma odpowiedzi, co jest celem ostatecznym tej wędrówki poza świat materialny. Przynosi Objawienie.
Nieco teologii
Księga Mądrości twierdzi, iż śmierci Bóg nie uczynił i nie cieszy się ze zguby żyjących (Mdr 1,13). Wydaje się to sugerować, że umieranie od początku nie miało być ludzkości właściwe. Następny rozdział jednak podaje nieco inną perspektywę, gdyż mówi: A śmierć weszła na świat przez zawiść diabła i doświadczają jej ci, którzy do niego należą (Mdr 2,24). Jeżeliby autorowi chodziło o śmierć fizyczną, to ani Jezus, ani Maryja, ani święci nie powinni byliby się z nią zmierzyć. Co jednak w takim razie stało się za przyczyną szatana? Współczesne nauczanie teologiczne o początkach świata (tzw. protologia) przedstawia jako jedną z hipotez, iż ogród Eden znajdował się na Ziemi. Ludzie więc po przebywaniu w tym pięknym, ale nie ostatecznym miejscu swego zamieszkania mieli umrzeć, aby dostąpić widzenia Boga twarzą w twarz. Śmierć ta jednak, przeżywana w łączności ze Stwórcą, nie była straszna: była naturalnym przejściem do innego stanu. Dopiero grzech, wprowadzając nieufność w relację człowieka do Pana, zniekształcił przeżywanie tego wydarzenia i lęk przed nim.
Wolność
Chrystus przyszedł, aby uwolnić tych wszystkich, którzy całe życie przez bojaźń śmierci podlegli byli niewoli (Hbr 2,15). Nie zmienił ludzkiego przeznaczenia, ale sam w nie wszedł. W ten sposób, jednocząc się z człowiekiem w tym doświadczeniu, przywrócił właściwy sens umierania jako przejścia od życia do życia. Przez swoje Zmartwychwstanie zaś ukazał to, czego nie wiedzieli (a może, o czym nie pamiętali?) ludzie w świecie Tolkiena, czyli cel tej drogi. Jest nim niekończące się przebywanie w Bogu, który jest kochającym Ojcem. Czy w tej perspektywie wiecznego szczęścia jest jeszcze miejsce na lęk? Valarowie z wielką troską wzywają was, abyście nie odmawiali ufności losowi, do którego zostaliście powołani, gdyż inaczej zmieni się on w krępujące was pęta.

* Cytaty z Tolkiena w tłumaczeniu M. Skibniewskiej. Za tym przekładem świadomie jest używana forma „elfowie” zamiast „elfy”.

2 lut 2016

Akt nadziei i zawierzenia się Bogu św. Klaudiusza La Colombiere

Mój Boże, wierzę mocno,
że opiekujesz się wszystkimi,
którzy pokładają w Tobie nadzieję.
Nie potrzebują niczego,
kiedy polegają na Tobie we wszystkich rzeczach.
Dlatego postanawiam na przyszłość...
zrzucić na Ciebie wszystkie moje troski...

Ludzie mogą mnie pozbawić dóbr światowych
i pozycji społecznych.
Choroba może odebrać mi siły i sens służenia Tobie.
Nawet ja mogę wystawić naszą relację
na niebezpieczeństwo grzechu,
ale nigdy nie stracę mojej ufności.
Zachowam ją do ostatniego momentu mojego życia.
Moce ciemności na próżno będą szukać sposobności,
by mi ją odebrać.


Niech inni szukają szczęścia w swych bogactwach i talentach.
Pozwól im zaufać w czystość ich życia,
ciężar upokorzeń,
w ilość dobrych uczynków,
entuzjazm modlitw.
Lecz co do mnie, moja Skało i Ucieczko,
niech moja ufność w Ciebie wypełni mnie nadzieją.
Bowiem Ty sam, mój Boski Opiekunie,
utwierdzasz mnie w nadziei.

"Nadzieja nigdy zawieść nie może.
Nikt, kto złożył ufność w Panu
nie doznał kiedykolwiek zawodu".
Dlatego jestem pewien, że otrzymam wieczną szczęśliwość,
bowiem mocno w to wierzę,
i cała moja nadzieja jest w Tobie.
"W Tobie, mój Boże, pokładam ufność,
niech nigdy nie doznam zawodu".

Wiem dobrze, że jestem słaby i niestały.
Znam moc pokusy, walczącej przeciw najmocniejszej cnocie.
Widziałem gwiazdy spadające,
pękające fundamenty mego świata,
lecz nie lękam się tego.
Kiedy powierzam się Tobie,
jestem wolny od wszelkich nieszczęść,
i mam pewność, że moja ufność wszystko przetrzyma,
bowiem na Tobie polegam,
abyś podtrzymał moją kruchą nadzieję.

Ostatecznie wiem, że moja nadzieja
nie przewyższy Twej hojności.
Nigdy nie otrzymam od Ciebie mniej,
niż to, co miałem nadzieję otrzymać.
Dlatego ufam, że uchronisz mnie
od moich złych skłonności
i kłamliwych ataków złego ducha.
Wykorzystasz mą słabość do triumfu
nad każdą wrogą siłą.
Ufam, że nie przestaniesz mnie nigdy kochać,
i że będę kochał Cię nieustannie.

"W Tobie, mój Boże, pokładam ufność,
niech nigdy nie doznam zawodu".

***
św. Klaudiusz La Colombiere SJ (1641-1682) był kierownikiem duchowym św. Małgorzaty Marii Alacoque, której wizje dotyczące Chrystusowej miłości stały się fundamentem naszego oddania Sercu Pana Jezusa.

źródło

31 sty 2016

III Dzień spotkania ze św. Michałem Archaniołem

W tym dniu dzięki Księdzu poznałam Basię, moją przyszłą chrzestną pielgrzymkową.

„Zdradziłam” swoją grupę, wybierając podczas Mszy miejsce bliżej ołtarza, a daleko od naszej miejscówy. I na każdej już byłam raczej gdzieś blisko.

Przewodnik pielgrzymkowy stwierdza, że to w tym dniu mieliśmy nabożeństwo za Ojczyznę. Oto świadectwo względności czasu: mam poczucie, że to było o wiele później – jak widać, pierwsze dni mi się wydawały dłuższe, a następne leciały jak burza… I nie pamiętam już, kiedy co było. Skoro jednak nabożeństwo to miało miejsce w tym dniu, to wtedy też było i nawiedzenie figury św. Michała Archanioła z Gargano.
Do czasu pielgrzymki nie wiązała mnie z tym Archaniołem jakaś szczególna relacja. Znałam ten „egzorcyzm prywatny”, który nam rozdano na początek wędrówki, ale rzadko do niego się zwracałam. Te dni zmieniły moje podejście: obecnie staram się codziennie rano odmawiać tę modlitwę. Co więcej, od tamtego czasu parę razy św. Michał mi się przypominał (albo się upominał J) poprzez trafiające do mnie obrazki. A nie wiele później niż pielgrzymka – bo w listopadzie – znowu się spotkałam z figurą z Gargano. Tym razem u siebie w Lublinie: przypadkowo, ale z radością. I zastanawiam się nad przyjęciem szkaplerza św. Michała Archanioła… Sympatycznym zbiegiem okoliczności jest to, że Archanioł ten jest patronem mojego Spowiednika.


Nocleg, jak zwykle, był przyjemny. Miałyśmy pyszny chłodnik i kanapki, prysznic i czas na rozmowy.

Słowo, którego do mnie nie przemówiło, ale pocieszało następnego dnia, gdy Ksiądz szedł z inną grupą:
„Bo drogi ludzkie - przed oczyma Pana, On widzi wszystkie ich ścieżki” (Prz 5,21).




"Zła będzie mniej" (felieton z roku 2014)

Piękne jest życie chrześcijanina! Dobrze wie, czego nie wolno robić, o czym nie powinno się myśleć, czego nie należy mówić. To jest takie proste i... nudne jak flaki w oleju! Tylko cóż zrobić: jak się zdecydowało być wiernym członkiem Kościoła, to trza się dostosować, uśmierzyć swój gorący charakter i wdziać maskę smutasa, co nie? Grzesznikom przecież nie wypada się radować.
I oto wchodzi taki Smutalski 31 stycznia roku bieżącego do kościoła i słyszy w 1. czytaniu o grzechu wybrańca Bożego Dawida z Batszebą. W Psalmie powtarza: Zmiłuj się, Boże, bo jesteśmy grzeszni. I dumny jest, że wie, jak jest słaby, i że tylko mu pozostaje kajać się w prochu i popiele. Tak się cieszy swoim nieszczęściem, że nie zauważa słów Jezusa o stale wzrastającym Bożym Królestwie. Zresztą, a po co? – przecież i tak na razie nie jest wystarczająco oczyszczony, by się do Niego zbliżyć. Siada zatem posłuchać, jak ksiądz w kazaniu jeszcze go wzmocni w przekonaniu, iż ma pokutować, pościć i cierpieć…
Kapłan jednakże zaczyna od słów: Smutny święty to żaden święty! Jakież myśli przepływają w głowie naszego bohatera? “Smutny święty, tak, to o mnie, biedny ja i nieszczęsny, idę do Boga cierniową drogą... Ale że co, przepraszam? Jak to ‘żaden  święty’?! Tyle grzechu w świecie, tylu umiera bez Boga, tylu cierpi niewinnie - a JA mam się radować?!”
Tak Smutalski myśli i ma rację! Nie na darmo przecież św. Dominik wzdychał po nocach: Panie, co będzie z grzesznikami? Jak można się radować, gdy świat jest Titanikiem pełnym świętujących ludzi, nieświadomych, że są coraz bliżej zagłady? Trzeba ich uświadamiać! Nie mamy prawa być obojętni wobec losu ziemi i jej mieszkańców. Tylko czy aby na pewno chrześcijanie, wezwani do bycia światłością świata, powinni być ponurzy jak noc?
Św. Jan Bosko mówił, że szatan lęka się ludzi radosnych. Dlaczego? Bo przepisem na radość jest zrozumienie, że się jest kochanym. Szczególnie przez Boga, który z miłości człowieka stworzył i oczyścił z grzechu. A ten, kto jest kochany, nie podda się na diabelskie propozycje fałszywego szczęścia. Radujmy się więc, a zła będzie mniej, bo radość ma właściwości egzorcyzmujące!

(mój felieton, niegdyś opublikowany w nieistniejącym już internetowym magazynie "Estera")

5 sty 2016

Zasłużyłeś na Bożą miłość?


Czy na miłość Boga trzeba sobie zasłużyć?
Absolutnie nie.
Czy wielu chrześcijan czuje i postępuje tak, jakby na nią trzeba było sobie zasłużyć?
Absolutnie tak.
Pierwsze wyzwanie, jakie musi podjąć chrześcijanin walczący z tym kłamstwem, to zmierzenie się z nim nie za pomocą uczuć, ale tego, co ma na ten temat do powiedzenia Biblia. Chrześcijanie w Efezie z pewnością karmili się tym kłamstwem, kiedy apostoł Paweł pisał do nich: Łaską bowiem jesteście zbawieni przez wiarę. A to pochodzi nie od was, lecz jest darem Boga: nie z uczynków, aby się nikt nie chlubił (Ef 2,8-9). Pisał do Tymoteusza, że Bóg wezwał nas świętym powołaniem nie na podstawie naszych czynów, lecz stosownie do własnego postanowienia i łaski (2Tm 1,9). I jeśli myślimy, że Bóg odwraca się od nas, kiedy popełniamy grzech, wystarczy, abyśmy przeczytali słowa apostoła Pawła na temat Bożej miłości, które skierował do Rzymian: Bóg zaś okazuje nam swoją miłość [właśnie] przez to, że Chrystus umarł za nas, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami (Rz 5,8).
Pierwszym krokiem na drodze do przezwyciężenia kłamstwa mówiącego, że "na miłość Boga trzeba sobie zasłużyć", jest zapamiętanie tych biblijnych cytatów -- znajdujących się na przeciwnym do tego kłamstwa biegunie -- i ich rozważenie. Drugim krokiem jest -- ufam -- zaangażowanie się we wspólnotę dojrzałych chrześcijan, by Bóg mógł pomóc ci doświadczyć za ich pośrednictwem swojej miłości. Wątpliwe jest bowiem, by ktokolwiek z nas mógł do końca zrozumieć i docenić, jak bardzo Bóg nas kocha, jeśli nie będzie blisko związany z innymi zaangażowanymi chrześcijanami. Trzecim krokiem zmierzającym do unicestwienia tego kłamstwa jest dostrzeżenie, jak często Bóg czyni coś dobrego, nawet jeśli nie prowadzimy przykładnego życia. Praca, którą pomógł nam znaleźć, choroba, którą pomógł nam przezwyciężyć, wypadek na drodze, przed którym nas uchronił, wakacje, na które pomógł nam wyjechać -- wszędzie tam znajdziemy odciski palców Boga, bo w ten właśnie sposób wyraża On swoją miłość do nas.
[...]
Bóg kocha cię bezwarunkowo. Nic, co kiedykolwiek byś zrobił, nie może tego zmienić. Skup się na tym i nie pozwól sobie nigdy myśleć inaczej.
Chris Thurman. Kłamstwa, w które wierzymy. Tłum. M. Ciszewska. Poznań: "W drodze" 2015 s. 120-121. 

4 sty 2016

Za wszystko, co przyszło wbrew mej woli, dziękuję Ci, Panie...


daj się modlić nie wiedząc za kogo i o co
bo Ty wiesz najlepiej czego nam potrzeba
kto ma dzisiaj wyzdrowieć
a kogo ma stuknąć śmierć
lub inaczej piorun sympatyczny
komu zabrać masz urząd by przywrócić rozum
droga nie zna swej drogi
kwiat o sobie nie wie
słowik nie narzeka że nie sypia nocą
gęś się nawet nie dziwi że ma oczy z boku
stara małpa nie zgadnie czemu nie siwieje
święty śnieg bo spada nie wiadomo komu
święte to co przychodzi wciąż wbrew naszej woli
(ks. Jan Twardowski)



***
Dzięki Ci, Panie, za każdą ruinę w moim życiu -- bo gdy pozwalasz, aby coś upadło, to oznacza, że chcesz zbudować coś lepszego. Dzięki Ci za każde niespełnione marzenie. Za to, co wydawało się dobre, a się zawaliło. Za każdy ból, który Ty dopuściłeś do mnie. Za każde cierpienie, które mnie ukształtowało. Za moją głupotę, która Ci nie przeszkadza. Za moje pragnienia, które wciąż nie są zaspokojone. Dziękuję Ci też za każdą osobę, która mnie kiedykolwiek skrzywdziła -- nie zrobiłaby tego, jeżelibyś jej na to nie pozwolił.
Król odpowiedział: «Co ja mam z wami zrobić, synowie Serui? Jeżeli on przeklina, to dlatego, że Pan mu powiedział: "Przeklinaj Dawida!" Któż w takim razie może mówić: "Czemu to robisz?"» Potem zwrócił się Dawid do Abiszaja i do wszystkich swoich sług: «Mój własny syn, który wyszedł z wnętrzności moich, nastaje na moje życie. Cóż dopiero ten Beniaminita? Pozostawcie go w spokoju, niech przeklina, gdyż Pan mu na to pozwolił. Może wejrzy Pan na moje utrapienie i odpłaci mi dobrem za to dzisiejsze przekleństwo» (2Sm 16,10-12). 

30 gru 2015

"Pusty dzień", czyli perspektywa dużo zmienia

W ramach szalonego pozbawiania się starych zbędnych papierów i oddzielania ich od papierów nie mniej starych, ale bardziej wartościowych, przeglądam też swoje stare dzienniczki. Rodzą trochę refleksji, a jeszcze więcej emocji i gadania do Pana Boga: "Naprawdę o to prosiłam? Dzięki, żeś mnie nie wysłuchał!" albo "Dzięki Ci, drogi Boże, że stało się inaczej!" Z perspektywy wiele rzeczy zaczyna wyglądać całkiem inaczej. Wiem, że to jest oczywistość, i nie będę długo się nad tym rozwodzić. Do pisania mnie zmotywował jeden zapis:

"A dziś rano przyszedł A., i powymienialiśmy się filmami i muzyką. Tak.
I więcej nic takiego ciekawego dziś. Pusty dzień".

No tak, w porównaniu do pozostałych dni tego 2007 roku, pełnych wrażeń i emocji, zakochań i rozczarowań, ten dzień był pusty. Ale w dłuższej perspektywie ten "pusty dzień", właśnie to spotkanie z A., ta muzyka więcej dla mnie znaczyły. I z wieloma osobami, które wtedy były dla mnie BARDZO WAŻNE (nawet się zastanawiałam, czy nie robię sobie idola z pewnego księdza), obecnie wcale nie mam kontaktu albo jest on okazyjny i mało ważny. A. natomiast -- choć i rzadko z nim kontaktuję -- pozostaje dla mnie kimś szczególnym od lat.

21 wrz 2015

Mam tę moc ;) -- Refleksje z konferencji dla liderek

Pielgrzymkowy dziennik wisi nade mną jako obowiązek -- dobrowolny, ale coraz bardziej uciążliwy, bo pamięć jest słaba. Ten ciężar jednak już jest, a nowego dokładać sobie nie chcę, więc relację z wczorajszej konferencji "Masz w sobie moc" piszę na gorąco. Szczególnie, że mam na nią zamówienie :)

Postawiono mi wyzwanie, aby stanąć "w prawdzie" i napisać "odważnie, acz z sercem". Postaram się sprostać, ale na wstępie muszę mocno podkreślić: moja recenzja jest bardzo subiektywna, przepuszczona przez filtr mnie samej, jaką jestem. I nie będę mogła uniknąć krytyki.


1. "Nie bój się porażek" Jan Fazlagić
Wykład z założenia miał być oryginalny. Dla mnie jednak słowo najbardziej go charakteryzujące to chaotyczność. Usprawiedliwiam brakiem czasu a pragnieniem przekazania informacji, ale jednak zabrakło mi struktury (choć ze slajdów wynikało, że ona jest). Potrafiłam wszakże wyłapać kilka interesujących rzeczy o odbieraniu porażki przez ludzki mózg.
a) Doświadczenie przegranej jest dwa razy intensywniejsze od wygranej (wygrać 10 zł + przegrać 5 zł = 0). Nie mam refleksji na ten temat, po prostu jest to ciekawe.
b) Mózg traktuje bolesne przeżycia psychiczne jak fizycznie zadany ból. Zastanawiające. Zdaje się, że ja bardziej boję się bólu fizycznego niż psychicznego. A dla mego mózgu więc ten drugi wcale nie jest inny?..
c) Nie doceniając mechanizmów obronnych, człowiek przewiduje, że w przypadku porażki doświadczy więcej żalu, niż to będzie faktycznie. To jest bardzo pożyteczna wiedza! Bo niemało decyzji nie jest podejmowanych z lęku przed "jakże ja to wytrzymam?" (np. "jakże ja będę bez tego chłopaka, jak wszystko dookoła mi o nim przypomina?"), a z powyższego twierdzenia wynika, że będzie łatwiej, niż się zdaje. A odwaga się opłaca :)

2. "Syndrom Kopciuszka, czyli kobieta w biznesie" Marzena Mazur
Pięknie i z humorem opowiedziana bajka, która potrafiła nie uśpić. Opowieść o pseudo-Kopciuszku, która chciała awansować, ale nie mogła sobie na to pozwolić. Dlaczego pseudo? Bo po bajce był komentarz o Kopciuszku prawdziwym -- kryminalistce, zakonspirowanej agentce, która tylko do czasu siedzi w popiele, aby w odpowiednim momencie wyskoczyć... i zostać Królową. Spostrzegawczość, odwaga, ryzyko, akceptacja możliwości błędu i porażki, decyzja -- to jest prawdziwy Kopciuszek z perspektywą królowania. Kopciuszek, który ściąga rycerza z siodła i sam się tam usadawia, a jeśli spadnie, to zaczeka na kolejnego... konia. Piękna historia. Aby się uczyć od prawdziwego Kopciuszka odwagi!

3. "Nie musisz być doskonała, żeby kochać siebie" Patrycja Załug
Prelekcja, która wywołała we mnie szał emocji. Nie dlatego, żebym się dowiedziała dużo nowego, ale dlatego, że prelegentka mówiła o tym, czego -- chwała Bogu! -- doświadczyłam w tym roku. O tym było pierwsze Słówko mojej pielgrzymki. Być prawdziwą. Po prostu być prawdziwą. Taką siebie przyjąć, taką siebie dawać innym, taką dać się pokochać. Popieram na 100%. I to wcale nie oznacza, że stoję w miejscu. Kiedy wiem, że jestem kochana i akceptowana pomimo wszystko, mam w sobie więcej MOCY, żeby się zmieniać na lepsze. Na moim prywatnym doświadczeniu: w pielgrzymce uśmiechałam się, okazywałam mało zdenerwowania, byłam cierpliwa, bo byłam otoczona przyjaznymi ludźmi, którzy mnie przyjmowali taką, jaką jestem. Jednego dnia zadedykowano nam piosenkę Arki Noego "Nieidealna". Taka, jaka jesteś, jesteś fajna, nie musisz być idealna. I to jest to! Pani Patrycja mówiła, że trzeba otaczać się ludźmi, którzy nas akceptują, którzy mówią "dasz radę!". I znowuż potwierdzam. Doświadczyłam "obcinania skrzydeł" -- i to nawet od bliskiej osoby. To jest jedna z rzeczy, która odpycha od człowieka i sprawia, że przebywanie z nim nie przynosi radości.
Przyzwolenie sobie na bycie sobą daje też wolność. Nie trzeba udawać. Nie trzeba "zdobywać" kogoś kosztem własnej tożsamości. Zresztą, to przecież kompletnie nie ma sensu! Jeśli mi na kimś zależy, to chcę, by polubił MNIE, a nie moją maskę, czyżby nie?

4. "Mądra i pełna mocy liderka XXI wieku" Dagmara Gmitrzak
Celem prelekcji było spotkanie z wewnętrznym jaguarem, z własną mocą. Zaciekawiło mnie, że prelegentka na ten symbol "wpadła", że jakoś się pojawiał w jej życiu -- tak wnioskuję, że Bóg pomaga człowiekowi odkryć swoje powołanie nawet wtedy, gdy człowiek nie pyta wprost Stwórcy, ale jest generalnie otwarty na przyjmowanie podpowiedzi co do swojego zadania.
Spotkanie z jaguarem miało się odbyć w naszym wnętrzu. Nie mogłam jednak do tego się przekonać: może, boję się własnej mocy. Ale raczej chodzi o to, że moja moc, moja siła nie płynie ze mnie samej. Wcześniej, niż jaguara, spotkałam w wyobrażeniowej dżungli Lwa. Bardzo konkretnego Lwa z pokolenia Judy:
"Łucja schowała twarz w jego grzywie, aby ukryć się przed jego spojrzeniem. Ale w tej grzywie musiały być jakieś czary, bo natychmiast poczuła, jakby ją napełniła lwia siła. Podniosła się.
-- Przepraszam, Aslanie. Jestem już gotowa.
-- Teraz jesteś jak mała lwica -- rzekł Aslan. -- I teraz cała Narnia zostanie odnowiona". (C.S. Lewis "Książę Kaspian")
Nie chcę być jaguarem. Wolę być lwicą.

5. "Seks na wysokich obcasach" Alicja Długołęcka 
Trudna do skomentowania prelekcja, bo bardzo mocno niezgodna z moimi poglądami, a nie chcę tworzyć apologii. Chodzi we mnie pytanie: Jaki jest wg prelegentki cel seksu? Zdaje mi się, że zupełnie przewrotnie rozumiany w porównaniu do tego, czym człowiek został przez Boga obdarowany. I z tego względu nie ma sensu podejmować dyskusji, bo to musiałby być cały wykład z teologii ciała.

6. "Eliksir młodości" Paweł Fortuna
Z tej prelekcji wyniosłam sposób na stwierdzenie, czy uśmiech jest szczery: wystarczy sprawdzić, czy uśmiechają się tylko usta, czy też oczy. Generalnie, Pan Paweł zachęcał do tego, aby się nie bać bycia uśmiechniętym, choć robił to w sposób niekonwencjonalny, bardzo przypominający mi Ahmeda ze starego skeczu. Podobało mi się. Tu można było szczerze się pośmiać.

7. "Terapeutyczna MOC śmiechu" Elżbieta Dąbrowska, Barbara Sawicka
Na tej prelekcji natomiast można było się pośmiać nieszczerze. Słyszałam już, że psychosomatyka działa w ten sposób, że zaczynając uśmiechać się, kiedy nie mam na to ochoty, z czasem poczuję się radośnie. Zaprezentowana przez prelegentki joga śmiechu jednak mnie nie zachwyciła. Po pierwsze, mam dystans do wszystkiego, co jest związane z jogą. Egzorcyści uprzedzają, i tu wolę być uprzedzona. Po drugie, wiem, że śmiech to zdrowie, ale śmiać się na siłę, traktować śmiech jak przysiady czy pompki... Wolę śmiechoterapię, która -- zgodnie z podanym przez prelegentki rozróżnieniem -- potrzebuje narzędzi, np. komedii. Po co się śmiać bez przyczyny, jak można ucieszyć i ciało, i umysł? Polecam Jeeves and Wooster
Poza tym, czasem te śmiechy nie wyglądały szczerze. A taki śmiech na siłę nie przyciąga.

8. "Narzędzia Twojej mocy" Bernard Fruga
Początkowo Pan Bernard miał występować rano. Zamiana czasu zdaje mi się jednak dobra, bo ta prelekcja miała charakter warsztatowy, co jest bardziej na miejscu po porządnej dawce teorii. Podana treść nie była dla mnie czymś nowym, jako że przeczytałam już ISRIKUZa, i to -- przynajmniej w kawałkach -- parę razy :) Było to jednak przypomnienie, na czym polega pogodne przywództwo, oraz zachęta (zresztą, umocniona ćwiczeniami), żeby się zastanowić nad tym, co mi w życiu przeszkadza i co trzeba poprawić. Cieszyłam się też możliwością usłyszenia Pana Bernarda na żywo i porównania do 1-minutówek. Raczej, jest taki sam :)
Zdaje mi się wszakże, że za mało było czasu na poważniejsze zastanowienie się nad kołem. Ja próbowałam robić zgodnie z częstymi poleceniami psychologów przy testach: wybieraj pierwsze, co przychodzi na myśl. Chyba jednak ten diagram potrzebuje więcej rozsądku. No ale materiały zostały rozdane, więc można poświęcić czas w domu.

9. "Dojdziesz tam, gdzie będziesz chciała naprawdę" Katarzyna Miller
Styl mówienia był interesujący. Podejście prelegentki do siebie z dystansem też plusuje. Co do treści... I się zgadzam, i się nie zgadzam. Podobnie jak augustyńskie "kochaj i rób, co chcesz" można zrozumieć różnie, bo w zależności od definicji miłości, tak i "rób, co chcesz" może być niebezpiecznym uleganiem kaprysom, a może być wolnością do bycia sobą. Dla mnie wielkie znaczenie ma wiara, i to Bóg ustala reguły mojego życia. Ja natomiast wierzę, że grając zgodnie z nimi, na pewno wygram. I nie zawsze moje "chcę" jest w zupełności zgodne z Jego wolą, więc muszę wybrać, za czym idę. Wierzę jednak (a też widzę w doświadczeniu), że On lepiej wie, czego ja chcę ;)
Jedna z rzeczy, które powiedziała Pani Katarzyna, nakłada się na moje niedawne przemyślenia. Też mam wrażenie, że w porównaniu do mnie, to inni mają ciężkie życie...
***
Takie oto są moje wrażenia. Mówiąc generalnie, nie żałuje inwestycji, jaką był przyjazd z Lublina. Chociaż nie wszystko do mnie przemawia i nie ze wszystkim się zgadzam (na szczęście!), uważam, że dobrze było usłyszeć wypowiedzi różnych środowisk. Jestem bogatsza o to doświadczenie.