O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Licencjat teologii moralnej.

29 sty 2011

Moje dzisiejsze czytania

Burza na Jeziorze Galilejskim. Rembrandt
Mk 4,35-41
Przez cały dzień Jezus nauczał w przypowieściach. Gdy zapadł wieczór owego dnia, rzekł do nich: Przeprawmy się na drugą stronę. Zostawili więc tłum, a Jego zabrali, tak jak był w łodzi. Także inne łodzie płynęły z Nim. Naraz zerwał się gwałtowny wicher. Fale biły w łódź, tak że łódź już się napełniała. On zaś spał w tyle łodzi na wezgłowiu. Zbudzili Go i powiedzieli do Niego: Nauczycielu, nic Cię to nie obchodzi, że giniemy? On wstał, rozkazał wichrowi i rzekł do jeziora: Milcz, ucisz się! Wicher się uspokoił i nastała głęboka cisza. Wtedy rzekł do nich: Czemu tak bojaźliwi jesteście? Jakże wam brak wiary? Oni zlękli się bardzo i mówili jeden do drugiego: Kim właściwie On jest, że nawet wicher i jezioro są Mu posłuszne?


Podróż 'Wędrowca do świtu"
Rozdział 12
CIEMNA WYSPA
PO TEJ PRZYGODZIE żeglowali przez dwanaście dni na południe z niewielkim
odchyleniem wschodnim. Wiatr był łagodny, niebo przeważnie czyste, a powietrze ciepłe. Nie
widzieli żadnych ptaków ani ryb, tylko raz, daleko z prawej burty, pojawiło się stadko
wielorybów tryskające wysokimi pióropuszami wody. Łucja i Ryczypisk grali całymi dniami
w szachy. Wreszcie trzynastego dnia Edmund, który był akurat na marsie, zobaczył z lewej
burty coś, co wyglądało na wielką, ciemną górę wyrastającą wprost z morza.
Wzięli kurs na ten ląd, ale zaraz musieli chwycić za wiosła, ponieważ kierunek wiatru
nie pozwalał im płynąć pod żaglami na północny wschód. Kiedy zapadł wieczór, znajdowali
się wciąż daleko od lądu. Wiosłowali całą noc, a poranek przyniósł pogodę słoneczną, ale i
całkowitą ciszę morską. Przed nimi majaczył ciemny masyw, teraz o wiele bliższy i większy,
choć wciąż jeszcze zamglony. Niektórzy sądzili, że wyspa jest jeszcze bardzo daleko, podczas
gdy inni utrzymywali, Ŝe wpływają w strefę mgły.
Około godziny dziewiątej tego rana ciemny kształt ukazał się nagle wyraźnie. Z tej
odległości mogli już stwierdzić, że nie był to wcale ląd albo nawet mgła - przynajmniej w
zwykłym znaczeniu tych słów. Była to Ciemność. Nie jest to łatwe do opisania, ale
zrozumiecie, co to było, kiedy sobie wyobrazicie, że patrzycie w wylot kolejowego tunelu:
tunelu tak długiego albo tak krętego, że nie widać nawet najmniejszego śladu światła z jego
drugiego końca. Wiecie też, co się dzieje po wejściu do takiego tunelu. Przez kilka metrów
widać dobrze w dziennym świetle szyny, podkłady i żwir, potem jest strefa półcienia, a
potem, bardzo szybko, ale oczywiście bez wyraźnej granicy, człowiek zanurza się w gęstej,
nieprzeniknionej ciemności. Tak właśnie było tutaj. Kilka metrów przed dziobem wyraźnie
widzieli falującą, zielonogranatową wodę. Dalej woda zmieniała kolor na bladoszary jak
morze o zmierzchu. A jeszcze dalej zaczynała się całkowita czerń jak bezksiężycowa i
bezgwiezdna noc.
Kaspian zawołał do bosmana, aby wydał komendę „wstecz”, i wszyscy prócz
wioślarzy rzucili się do burt na dziobie, wlepiając oczy w ciemność. Ale nic tam nie było do
zobaczenia. Za nimi było morze i słońce, przed nimi - Ciemność.
- Wchodzimy w to? - zapytał w końcu Kaspian.
- Nie radzę tego czynić - powiedział Drinian.
- Kapitan ma rację - odezwało się kilku marynarzy.
- Jestem bliski tego samego zdania - powiedział Edmund.
Łucja i Eustachy milczeli, ale w sercu ucieszyli się z takiego obrotu sprawy. Nagle
donośny głos Ryczypiska przerwał przedłużającą się ciszę:
- A dlaczego nie? Czy ktoś może mi wyjaśnić, dlaczego mamy w to nie wpływać?
Nikt nie palił się do wyjaśnień, więc Ryczypisk mówił dalej:
- Gdybym miał do czynienia z wieśniakami lub niewolnikami, mógłbym
przypuszczać, że ta rada wynika ze zwykłego tchórzostwa. Ale mam nadzieję, że nigdy nie
będą w Narnii opowiadać, jak to dzielna kompania szlachetnie urodzonych królów, książąt,
rycerzy i żeglarzy w kwiecie wieku powróciła z wyprawy, bo po prostu przestraszyła się
ciemności.
- A jaki właściwie miałby być pożytek z przebijania się przez tę ciemność? - zapytał
Drinian.
- Pożytek? - powtórzył Ryczypisk. - Pożytek, kapitanie? Jeśli rozumiesz przez to
napełnianie sobie brzucha lub kiesy, muszę wyznać, że nie widzę w tym żadnego pożytku. Do
tej pory byłem jednak przekonany, że nie wyruszyliśmy na wyprawę w poszukiwaniu jakichś
pożytecznych rzeczy. Mieliśmy na względzie nasz honor i umiłowanie przygód. A tu mamy
przed sobą największą przygodę, o jakiej kiedykolwiek słyszałem; tam zaś, jeśli zawrócimy,
czeka nas zwątpienie w nasz honor.
Kilku marynarzy zamruczało coś, co brzmiało jak: „Do diabła z honorem”, ale
Kaspian powiedział:
- A niech cię wiedźma porwie, Ryczypisku, zaczynam prawie żałować, że wzięliśmy
cię ze sobą.
Dobrze! Jeśli już patrzysz na to w ten sposób, myślę, że nie pozostaje nam nic
innego do zrobienia, jak płynąć dalej. Chyba że Łucja jest innego zdania.
Łucja czuła, że jest bardzo innego zdania, ale na głos powiedziała tylko:
- Ja się nie boję.
- Czy wasza wysokość rozkaże przynajmniej zapalić światła? - zwrócił się Drinian do
Kaspiana.
- Oczywiście! Zajmij się tym, kapitanie.
Tak więc zapalono trzy latarnie: jedną na rufie, drugą na dziobie, trzecią na topie
masztu, a Drinian nakazał jeszcze umieścić dwie pochodnie na środkowym pokładzie.
Wszystkim ludziom z wyjątkiem wioślarzy dano rozkaz zajęcia zwykłych stanowisk
bojowych na pokładzie, w pełnym rynsztunku i z obnażonymi mieczami. Łucję umieszczono
wraz z dwoma łucznikami na marsie, nakazano im być w pełnej gotowości, ze strzałami
opartymi na cięciwach. Rynelf stanął na dziobie z liną do sondowania dna. Ryczypisk,
Edmund, Eustachy i Kaspian stanęli obok niego w lśniących kolczugach. Drinian ujął ster.
- A teraz, w imię Aslana, naprzód! - zawołał Kaspian. - Tempo wolne, lecz stałe. I
niech każdy zachowa spokój i ma uszy otwarte na komendy.
Skrzypiąc i trzeszcząc „Wędrowiec do Świtu” ruszył powoli naprzód na wiosłach. Z
zawieszonego u szczytu masztu marsa Łucja mogła doskonale uchwycić moment, w którym
okręt wpełzł w strefę ciemności. Dziób zniknął już w czerni, a rufa jeszcze jaśniała w słońcu.
W jednej chwili pozłacana rufa, granatowe morze, niebo były w pełnym świetle - w następnej
morze i niebo znikły, a latarnia rufowa (przedtem ledwo widoczna) była jedynym punktem
wskazującym na miejsce, w którym okręt się kończył.
Przed latarnią majaczyła sylwetka Driniana wspartego na rumplu. W dole światła
pochodni tworzyły na pokładzie dwie jasne plamy i pobłyskiwały na mieczach i hełmach; na
przedzie widać było jeszcze jedną wyspę światła na pokładzie dziobowym. Łucji wydawało
się, że gniazdo marsa, oświetlone lampą masztową wiszącą tuż nad nią, jest odrębnym małym
światem unoszącym się w nieprzeniknionej ciemności. A same światła, jak to zwykle bywa ze
światłami, kiedy trzeba je zapalić w dzień, wyglądały ponuro i nienaturalnie. Stwierdziła też,
że zrobiło się bardzo zimno.
Jak długo trwała ta podróż przez Ciemność, trudno powiedzieć. Gdyby nie miarowe
skrzypienie wioseł w dulkach i plusk, z jakim pióra wioseł zanurzały się w wodzie, nic nie
wskazywałoby na to, że okręt się porusza. Edmund, wpatrujący się w ciemność z dziobu, nie
widział nic prócz odbicia światła latarni w wodzie tuż przed statkiem. Było to jakieś
nieprzyjemne, oleiste odbicie, a fala, jaką tworzył rozcinający wodę dziób, wydawała się
ociężała, niska i martwa. Wkrótce wszyscy, prócz wioślarzy, zaczęli drżeć z zimna.
Nagle z którejś strony - a nikt teraz nie miał dobrego wyczucia kierunku - rozległ się
krzyk. Był to krzyk straszny, musiał go wydać albo nie człowiek, albo ktoś tak śmiertelnie
przerażony, że prawie utracił swe człowieczeństwo.
Kaspian wciąż jeszcze nie mógł przemówić - w ustach miał za sucho - gdy dał się
słyszeć ostry głos Ryczypiska, rozlegający się w tej ciszy jeszcze donośniej niż zwykle:
- Kto tam woła? Jeśli jesteś wrogiem, nie boimy się ciebie, a jeśli jesteś przyjacielem,
twoi wrogowie wkrótce nauczą się nas bać.
- Litości! - zawył głos. - Litości! Nawet jeśli jesteście tylko jeszcze jednym snem,
miejcie litość. Weźcie mnie na pokład. Zabierzcie mnie, choćbyście nawet mieli mnie zabić.
W imię wszelkiego miłosierdzia, nie znikajcie i nie zostawiajcie mnie w tym strasznym kraju.
- Gdzie jesteś? - zawołał Kaspian. - Wejdź na pokład i witaj!
Rozległ się jeszcze jeden krzyk, nie wiadomo - radości czy grozy, i usłyszeli, że ktoś
ku nim płynie.
- Przygotować się do przyjęcia człowieka zza burty! - zawołał Kaspian.
- Tak jest, wasza wysokość! - odpowiedzieli marynarze.
Kilku marynarzy z linami zgromadziło się przy lewym nadburciu, a jeden, wychylony
za burtę, trzymał pochodnię. Z ciemności wyłoniła się dzika, biała twarz. Po kilku chwilach
tuzin przyjaznych rąk wciągnął przybysza na pokład.
Edmund pomyślał, że nigdy jeszcze nie widział równie dziko wyglądającego
człowieka. Chociaż nie wydawał się zbyt stary, włosy miał siwe, splątane, twarz wychudłą i
wykrzywioną, a za odzieŜ słuŜyły mu mokre łachmany. Ale tym, co przede wszystkim
przyciągało wzrok, były jego oczy, otwarte tak szeroko, jakby w ogóle nie miały powiek, i
wytrzeszczone jakby zastygłe w śmiertelnym przerażeniu. Gdy tylko postawił stopy na
pokładzie, zawołał:
- Uciekajcie! Uciekajcie! Obróćcie wasz okręt i uciekajcie! Do wioseł, do wioseł, jeśli
chcecie uratować życie! Byle dalej od tego przeklętego wybrzeża!
- Weź się w garść - powiedział Ryczypisk - i powiedz nam, o jakim
niebezpieczeństwie mówisz. Nie jesteśmy przyzwyczajeni do uciekania.
Przybysz wzdrygnął się na dźwięk głosu myszy, której przedtem nie zauważył, po
czym wykrztusił:
- Ale stąd uciekniecie. To wyspa, na której sny stają się prawdą.
- A więc to wyspa, o której marzyłem od dawna! - zawołał jeden z marynarzy. - Jeśli
to prawda, to mam nadzieję być żonaty z Anulką, kiedy tam wylądujemy.
- A ja znowu spotkam Ŝywego Toma - powiedział drugi.
- Głupcy! - zawołał przybysz, tupiąc ze złości nogą w pokład. - Właśnie takie brednie
przywiodły mnie tutaj i byłoby lepiej, gdybym zatonął lub gdybym się nigdy nie narodził.
Czy nie rozumiecie, co wam mówię? To jest miejsce, gdzie sny... sny, czy rozumiecie?...
ożywają, stają się rzeczywistością. Nie marzenia... ale sny!
Przez jakieś pół minuty trwało milczenie, a potem ze szczękiem rynsztunku cała
załoga rzuciła się do głównego luku, zbiegła pod pokład tak szybko, jak potrafiła, i
natychmiast złapała za wiosła. śadna załoga nigdy jeszcze nie wiosłowała tak równo. Drinian
wparł się w rumpel, odwracając dziób statku, a żadne morze nie słyszało jeszcze, by bosman
tak szybko podawał tempo wioślarzom. Wystarczyło bowiem każdemu tylko pół minuty, aby
przypomnieć sobie pewne sny - sny, po których człowiek boi się usnąć ponownie - i pojąć, co
to znaczy wylądować w kraju, gdzie takie sny stają się rzeczywistością. Tylko Ryczypisk nie
ruszył się z miejsca.
- Wasza królewska mość! - zawołał. - Czy zamierzasz tolerować ten bunt, to
tchórzostwo? To przecież panika, to sromotna klęska!
- Wiosłować! Wiosłować! - ryczał Kaspian. - Napierać zdrowo, jeśli wam życie miłe!
Czy dziób juŜ dobrze ustawiony, Drinianie? Możesz sobie mówić, co chcesz, Ryczypisku, ale
są pewne rzeczy, którym żaden człowiek nie stawi czoła.
- A więc mam to szczęście, że nie jestem człowiekiem - odpowiedział Ryczypisk,
kłaniając się sztywno.
Łucja słyszała to wszystko z góry. W jednej chwili ten sen, o którym zawsze
najbardziej chciała zapomnieć, powrócił do niej tak żywo, jakby się z niego przed chwilą
obudziła. A więc właśnie TO było poza nimi, na tej wyspie! Przez moment miała wielką
ochotę zejść szybko po drabince na pokład, aby być blisko Edmunda i Kaspiana. Co by to
jednak dało? Gdyby sny stały się rzeczywistością, Edmund i Kaspian mogliby zamienić się w
coś okropnego, zaledwie by przed nimi stanęła. Ścisnęła mocno poręcz i starała się opanować.
Okręt mknął chyżo na wiosłach ku światłu: powinno się już, już pojawić! Gdyby tylko
wszystko działo się tak, jak powinno!
Chociaż szybkie wiosłowanie robiło dość dużo hałasu, nie zagłuszał on całkowicie
przeraźliwej ciszy otaczającej okręt. Każdy wiedział, że lepiej nie nasłuchiwać, nie starać się
łowić choćby najlżejszego dźwięku dochodzącego z ciemności. Nikt jednak nie mógł się temu
oprzeć. I wkrótce każdy zaczął słyszeć. I kaŜdy usłyszał coś innego.
- Czy słyszysz coś takiego, jak... jakby olbrzymie nożyce otwierały się i zamykały za
nami? - zapytał Eustachy Rynelfa.
- Ciiiicho! - powiedział Rynelf.- Słyszę ICH! Słyszę, jak wdrapują się na burty.
- O, właśnie sadowią się na maszcie - odezwał się Kaspian.
- Uch! - zawołał nagle jeden z marynarzy. - Już huczą te gongi! Wiedziałem, że tak
będzie!
Kaspian, starając się nie rozglądać naokoło (a zwłaszcza nie patrzeć za siebie), poszedł
na pokład rufowy do Driniana.
- Kapitanie - powiedział, ściszywszy głos - jak długo wiosłowaliśmy w tej ciemności?
To znaczy, do wyłowienia tego nieszczęśnika?
- Jakieś pięć minut - szepnął Drinian. - Dlaczego wasza królewska mość o to pyta?
- Bo płyniemy już o wiele dłuŜej, starając się z niej wydostać.
Ręka Driniana drgnęła na rumplu, a na czole pojawiły się kropelki potu. Rozmawiali
szeptem, ale ta sama myśl przyszła już do głowy wszystkim.
- Nigdy się z tego nie wydostaniemy - lamentowali wioślarze. - On źle steruje.
Kręcimy się w kółko. Nigdy z tego nie wyjdziemy.
Rozbitek, który leżał na pokładzie zwinięty w kłębek, usiadł i wybuchnął strasznym,
skowyczącym śmiechem.
- Nigdy z tego nie wyjdziemy - wył. - To jest właśnie to! Oczywiście! Nigdy się z tego
nie wydostaniemy! Jaki byłem głupi, kiedy myślałem, że mnie wyratują. Nie, nie, nigdy z
tego nie wyjdziemy!
Łucja oparła czoło o balustradę otaczającą pokład marsa i wyszeptała:
- Aslanie, Aslanie, jeżeli nas w ogóle kiedykolwiek kochałeś, ześlij nam teraz pomoc!
Ciemności nie rozjaśniły się, ale poczuła się trochę - troszeczkę - lepiej. „Ostatecznie
nic się nam jeszcze nie stało” - pomyślała.
- Spójrzcie! - rozległ się od dziobu ochrypły głos Rynelfa.
Przed nimi pojawił się niewielki jasny punkt i kiedy się weń wpatrywali, wystrzelił z
niego szeroki snop światła. Nie rozproszył otaczającej ich ciemności, lecz zalał światłem cały
okręt, jakby tuż w pobliżu zapłonęła nagle latarnia morska. Kaspian zmrużył oczy, rozejrzał
się dookoła i zobaczył twarze swoich towarzyszy - wszystkie jakby zastygłe w dzikim
grymasie. Każdy spoglądał w tym samym kierunku, za każdym leżał jego czarny, ostro
odcinający się od tła cień.
Łucja wpatrzyła się w płynące ku nim światło i nagle wydało się jej, że widzi w nim
jakiś ciemny, ruchomy kształt. Z początku wyglądało to jak krzyv, potem jak samolot, potem
pomyślała, że to latawiec, aż wreszcie z łopotem skrzydeł ciemny kształt zbliżył się, a gdy był
tuż nad jej głową, poznała, że to albatros. Zatoczył trzykrotnie koło nad masztem, a potem
usiadł na grzbiecie pozłacanego smoka na rufie i zakrzyczał mocnym, pięknym głosem coś,
co przypominało kilka słów, ale nikt ich nie zrozumiał. Wreszcie rozpostarł skrzydła i wzbił
się w powietrze, lecąc teraz powoli przed nimi, nieco z prawej burty. Drinian przesunął
rumpel, kierując statek za białym ptakiem, nie wątpiąc ani przez chwilę, że to ich dobry
przewodnik. Z wyjątkiem Łucji nikt jednak nie wiedział, że okrążając maszt, albatros szepnął
do niej: „Odwagi, kochane serduszko!” A głos - była tego pewna - był głosem Aslana, a wraz
z głosem cudowny zapach owionął jej twarz.
Po kilku minutach Ciemność przed nimi zamieniła się w szarość, a potem, zanim
jeszcze ośmielili się uwierzyć w ratunek, okręt wystrzelił w pełny blask słońca. Byli znowu w
ciepłym, błękitnym świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz