O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Doktor teologii moralnej.

4 lip 2019

Moje cuda bieszczadzkie. 1. Prehistoria


Droga na kurs
Rok temu myśl o kursie przewodników beskidzkich była dla mnie bardzo atrakcyjna, lecz mieściła się gdzieś w okolicach „byłoby wspaniale, ale przecież to nie dla mnie”. Dopytywałam przy okazji rajdów, jak taki kurs wygląda, i miałam w sobie mieszankę zachwytu i lęku. Już jeden z pierwszych elementów, kondycyjka, czyli łażenie od południa jednego dnia do południa drugiego z krótkimi przerwami, wydawała się przejściem niemal poza granicami moich możliwości. Zarywanie nocy mi nie służy, a chodzenie po ciemku graniczy z samobójstwem. Czy myśląc rozsądnie, mogę na coś takiego się zdecydować? Pragnienie jednak było zbyt wielkie. Zadawałam więc Bogu pytanie: „Czy mogę?”

W wakacje pojechałyśmy z koleżanką w Góry Stołowe. Oczywiście, kupiłam mapę (pierwszą lepszą… czy tańszą?), planowałam jakieś trasy, by zdążyć więcej zobaczyć. I jednego razu zabłądziłam, gubiąc szlak. Nie było to żadne niebezpieczne miejsce i mogłybyśmy bez większego problemu (oprócz zmarnowania czasu) wrócić na asfaltową drogę, no ale się uparłam, że nas wyprowadzę. Kompas w komórce, mapa, której nie umiałam przełożyć na teren, kompletny brak wiedzy o poruszaniu się po górkach oraz moja pycha skutkowały tym, że złaziłyśmy z grzbietu śliskim ostrym zboczem. W sumie, było dość zabawnie (zwłaszcza jeśli pominąć fakt, że obity przeze mnie przy zjeżdżaniu z górki palec wciąż nie doszedł do idealnego stanu), ale miałam świadomość, że z własnej głupoty i braku umiejętności narażałam nas na niepotrzebne ryzyko. Stąd myśl o kursie, gdzie mogłabym przynajmniej nauczyć się rozumienia kompasu i mapy, stała się jeszcze bardziej natarczywa i przerodziła się w czyn.

Początki i wątpliwości
Założenie było takie, że przewodnikiem być nie zamierzam. Idę się nauczyć, jak samej chodzić po górach, no i też skorzystać ze wspólnych wyjazdów w góry. Autokarówki więc mnie za bardzo nie interesowały. Pierwszym przejściem kursowym było to najstraszniejsze – kondycyjka. Z zasady jest po to, by zobaczyć, ile się potrafi. Dla mnie było to też sprawdzenie woli Pana Boga. Jak nie dam rady na tym przejściu, no to nie ma sensu próbować coś dalej.
Dałam radę. Nie wiem, jakbym przeszła w innych warunkach – w deszczu, śniegu czy zimnie – ale tym razem pogoda była niesamowita. Ciągle żyję w przekonaniu, że był to dar Maryi dla mnie. I pozwolenie na kontynuację kursu.

zimówka
Zimówka
Następnym moim wyjazdem była zimówka, na której miałam pierwszą naukę obsługiwania mapy i kompasu. Trudny był to dla mnie czas. Nauka szła kiepsko, z kursem swoim byłam mało zintegrowana, ogólnie towarzystwo wydawało się zbyt obce, a do tego cholerne doświadczenie własnej nieporadności, gdy nie widziałam drogi na śniegu. Wszystko razem zrodziło we mnie niechęć do czegokolwiek. Kadra więc zasadnie upominała, że nikt do kursu nie zmusza… Wracałam z zimówki z ponownym pytaniem wewnętrznym: „Czy jest mi to potrzebne?” Biłam się z myślami. I dylematem, co z mojej strony jest większą pokorą i bardziej mi posłuży: rezygnacja z kursu pomimo chęci czy kontynuacja pomimo niepowodzenia? Bliższa byłam rezygnacji, a przynajmniej wyjazd w Bieszczady wydawał się zbyt trudny. Jest to przejście długie, „na ciężko”, z założenia poza szlakami i z wchodzeniem w jary, w każdych warunkach pogodowych, z możliwością błądzenia i ewentualnymi późnymi powrotami. Po 6 dniach nauki kursanci w grupach po 2-3 osoby wyruszają na 2-dniowe manewry: zdobywanie punktów na określonej przez kadrę trasie. Wtedy to się sprawdza, na ile kto uważał podczas pierwszych dni...

Bieszczady: obawy i postanowienia
Kilka rozmów, w tym z kierownikiem duchowym, kierowniczką kursu i jednym z zaufanych przewodników skłoniły mnie ku temu, by spróbować. Zapisałam się na przejście, choć obawiałam się, zwłaszcza chodzenia „na ciężko”. I tu zaczął mnie boleć kręgosłup… Nigdy tak mi nie dokuczał, jak wtedy. Przepisane przez ortopedę środki nie dawały rezultatu. Znowu skłaniałam się ku rezygnacji. Zresztą, zniknęła mi też ochota. Czas gonił, trzeba było dać ostateczną odpowiedź, z którą się ociągałam. Wreszcie stwierdziłam, że muszę poradzić się swego ortopedy. Facet moje obawy olał stwierdzeniem typu „gdyby Pani stan nie pozwalał na wędrówkę, założyłbym Pani kamizelkę lub kołnierz”. Cóż. Chyba nie jest tak źle. A poza tym, ten kręgosłup to chyba z powodu pracy przy komputerze mi nawala, a w górach będę daleko od biurka… Ostatecznie się zdecydowałam. Wiedziałam, że będzie ciężko. Musiało być. Postanowiłam jednak, że nie będę narzekać, że wytrzymam. A jeśli nie, to przerwę w trakcie. To była bardzo pocieszająca i motywująca myśl, że zawsze pozostanie możliwość ucieczki.

Manewry miały skończyć się w piątek w Myczkowie, sobota byłaby dniem odpoczynku lub ewentualnych poprawek, a wieczorem – gdy dojdą do miejsca noclegu rajdy – zaplanowana była impreza, blachowanie, ognisko… Coś, co mnie nie interesowało. Po manewrach chciałam jak najszybciej wrócić do domu, a nie „pić z tymi ludźmi”, i zamierzałam wyjechać w sobotę. Na przeszkodzie stanął jednak brak transportu z Myczkowa w weekend, więc niechętnie, ale musiałam zapisać się do wspólnego autokaru w niedzielę. Gdyby jednak przydarzyła się jakaś możliwość wyjechać wcześniej, niechybnie z niej bym skorzystała.

Niepokoiła mnie jeszcze jedna rzecz. Wiedziałam, że podczas przejścia będzie trudność z dostępem do kościoła. Jeszcze przed wyjazdem dopytywałam i prosiłam przewodników, by była możliwość uczestnictwa we Mszy św. w niedzielę. Nikt mi tego nie mógł zagwarantować, ale przynajmniej wiedziałam, że w miejscowości, gdzie był zaplanowany nocleg z soboty na niedzielę, kościół jest. Ale co do innych dni, to szanse były małe. Szkoda mi było zwłaszcza 1 maja, wspomnienia św. Józefa, który należy do szczególnie czczonych przeze mnie świętych, no i 3 maja – który w dodatku wypadał w I piątek miesiąca. Oddałam ten czas Panu Bogu, by ułożył go, jak zechce. Zaświadczam – ułożył. W swojej Opatrzności wyprowadził dobro także z sytuacji trudnych, nieprzyjemnych i grzesznych. Stąd mogę mówić o moich cudach bieszczadzkich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz