O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Doktor teologii moralnej.

5 lip 2019

Moje cuda bieszczadzkie. 2. Przejście: tak było na początku


Czwartek: początki
W pierwszych planach przejścia nie było do końca wiadomo, kiedy zaczniemy: w czwartek czy w piątek. Mi zależało na późniejszym terminie, bo akurat w czwartek mieliśmy w pracy etap diecezjalny Ogólnopolskiego Konkursu Wiedzy Biblijnej, a jest to przedsięwzięcie ważne, więc nie chciałam je opuszczać. Nie byłam jedyną osobą z kursu, która wolała zaczynać od piątku, i rzeczywiście tak się stało. W czwartek jednak trzeba było dojechać do Leska, z którego rano wyruszaliśmy na przejście. Trochę kombinowałam, zastanawiałam się nad noclegiem w Rzeszowie u Księdza (z którym niegdyś przeszłam pielgrzymkę na Jasną Górę, o czym powstały niedokończone opowieścici) i dojazdem nad ranem do Leska… Ostatecznie nie było to potrzebne. Wyrobiłam się akurat po konkursie na busa, którym jechaliśmy wspólnie z większą częścią naszej grupy. Przejeżdżając przez Rzeszów, pozdrowiłam Księdza smsem z jego miasta. Odpisał, że póki nie zobaczy – nie uwierzy. Nikt nie przewidywał, że się przekona szybciej niż św. Tomasz…
Kiedy wylądowaliśmy w Lesku, zaczęłam się rozglądać za kościołem. Znałam godziny porannych Mszy św. Stwierdziłam jednak ze smutkiem, że jest raczej daleko od naszego noclegu, a przecież nie będę rano biegać po całym mieście… Trudno.

Przy kolacji Przewodnik wygłosił nam lekcję o niedźwiedziach: o tym, dlaczego warto ich unikać, i co robić, jeśli się nie udało. Obdarował nas dzwonkami, byśmy byli słyszalni – zwłaszcza podczas manewrów. Zapytał nas też, czy jesteśmy przygotowani na kleszcze. Jakoś mi to wcale do głowy nie przyszło (może dlatego, że pogoda ostatnimi czasy nie rozpieszczała), więc żadnego środka nie miałam. Nie tylko ja. Dostaliśmy więc jeszcze na grupę fajnie śmierdzący wędzonką płyn na te paskudztwa. (Na marginesie trzeba przyznać, że używanie tego środka miało skutki uboczne – powodowało dobry humor i zachęcało do dowcipkowania). Prezenty mnie mile zaskoczyły. W ogóle, nie wiem dlaczego, ale dla mnie było dziwne, iż Przewodnik był przyjazny. Czy oczekiwałam raczej kogoś wyobcowanego od grupy?… Nie wiem. Nie umiem sobie odpowiedzieć na to pytanie. Może zimówka zostawiła swój ślad.

Nocowałam w pokoju z kursantką, której jeszcze nie znałam. W rozmowie wyszło, iż ona musi wrócić w sobotę, więc podzieliłam się z nią swoimi smutnymi wynikami poszukiwania transportu. Była jednak sprytniejsza ode mnie i obczaiła, że Myczków od Polańczyka oddziela tylko kilka kilometrów, a stamtąd już jest bus prosto do Lublina. O kurczę, czyli jednak mogę wyjechać wcześniej! Trzeba tylko się upewnić, że mogę odwołać swoje miejsce w autokarze. Dobrze, że akurat Przewodnik je rezerwował.

Piątek: pierwsze koty za płoty
Sprawdziłam na internecie, gdzie jest kościół. 15 minut drogi, więc w sumie nie tak daleko… Tylko że z moim talentem orientacyjnym mogę zabłądzić. A do tego trzeba było zrobić śniadanie (zdecydowaliśmy, że będziemy mieć wspólną wachtę), zjeść je, wyjść o odpowiedniej porze. Weszłam więc rano do kuchni z ciągle obecnym wewnątrz „a może trzeba byłoby pójść na Mszę św.?”. Dowiedziałam się, że pomoc właściwie nie jest potrzebna, a wychodzimy trochę później, więc rzuciłam „idę do kościoła”. Przewodnik się upewnił, czy wrócę przed wyjściem, i żadnych problemów mi nie robił, a ja z kolei liczyłam się z tym, że mogę zostać bez śniadania. I się przeliczyłam: moja wspaniała grupa odłożyła dla mnie sporo jedzonka, które po powrocie zdążyłam skonsumować.

Po drodze do kościoła zaliczyłam spotkanie głowy z czymś metalowym, ale zdążyłam. Ładny kościółek, o barokowym wystroju – przy tym w różnych kolorach. Nie wiem, czy takie było zamierzenie, czy ołtarze powstawały w różnych okresach. Kolega, który tego dnia zapytał Przewodnika o styl budowy kościoła w Lesku, dostał za zadanie przygotowanie referatu na jego temat. Niestety, jakoś nie udało się go wysłuchać.

Wysłuchaliśmy natomiast jeszcze w mieście referatu jednej z dziewczyn o bunkrach Linii Mołotowa. Potem wyruszyliśmy poza miasto i wkrótce mieliśmy pierwszą lekcję posługiwania się mapą i kompasem, rozglądania się w terenie i wyznaczania azymutów. Co było dalej – nie pamiętam. Na pewno były szybowiska. I panoramka. Sporo czasu spędzamy na łączce, rozkminiając, co to za góry wznoszą się dookoła. Uświadamiam sobie, jak bardzo na razie nie umiem przełożyć odległości z mapy na teren. Mnie się zdaje, że to musi być coś obok, a to jest druga strona mapy… Chyba tego dnia przewodziłam kawałek, ale nie mogę przypomnieć żadnych szczegółów (co musi oznaczać, że było spokojnie i za bardzo nie błądziłam). Na pewno był to też dzień przekonywania się, że mogę poruszać się z całym bagażem i to dość prędko.
Wnętrze cerkwi

Zdjęcia mi podpowiadają, że tego dnia mijaliśmy też cerkiew. Rozczarowałam się, że była zamknięta: wszak w kalendarzu juliańskim przypadał w tym dniu Wielki Piątek. Można było zobaczyć trochę wnętrza, bo w głównym wejściu otwierały się drzwi i była szyba. Smutny jednak jest widok pustej świątyni w tak wielkim dniu. Może, nabożeństwo już było... albo będzie? Nie umiem rozpoznać na podstawie tego, co dostrzegam wewnątrz.

Pamięć wraca bliżej wieczoru. Idziemy na górkę, ciężko jest, a to jeszcze nie koniec… W którymś momencie Przewodnik mówi, że właśnie przed nami był lis na drodze. Smucę się, bo oczywiście nie zauważyłam, a już od kilku lat jest to moim marzeniem – zobaczyć liska na żywo. Może głupie i dziecinne, ale marzenie. Jestem prawie pewna, że źródłem go jest kiedyś przeczytana historyjka. I to przez nią nieraz już Panu Bogu o tym swym marzeniu wspominałam. A On nic… Tu było tak blisko! I znowu nic. Ślepa jestem…

Musimy się śpieszyć, bo do miejsca noclegu jeszcze kilka kilometrów, a dzień chyli się ku wieczorowi. Ku wieczorowi, kiedy sklepy na wsiach się zamykają. Nie możemy jednak biec, nie wszyscy wyrabiają. Przed nami za chwilę wieś, w której wg internetów jest sklep (jeśli była to Bereźnica Wyżna – czego pewna nie jestem – to wg mapy też). Zdolna to uczynić grupka kursantów – w tym ja – przyśpiesza więc, żeby zdążyć przed zamknięciem. Dotarliśmy. Wyrwałam się do przodu, szukając potrzebnego adresu (skąd tylko te siły?), ale bezowocnie. Uzyskałam informację, że sklep tu owszem był. Kiedyś. Wróciłam się do swoich, by dać im znać i by się nie zgubić, bo nie miałam jeszcze wtedy do nich telefonów. Oni już o braku sklepu wiedzieli, gdyż zdążyli zapytać w gospodarstwie po drodze. Co robić dalej? Zmęczeni – pierwszy dzień, nie wszyscy doświadczeni w takim chodzeniu, do tego gorąco. Dobrzy ludzie z gospodarstwa dali wody do butelek, więc z pragnienia nie padniemy, ale co z kolacją? I Przewodnik ogłasza, że te ostatnie kilka kilometrów pokonamy busem. Przeżywam pewne rozczarowanie, bo to takie „pójście na łatwiznę”. Ale większe rozczarowanie mnie brało, gdy bus nie przyjeżdżał, i nie przyjeżdżał, i nie przyjeżdżał… Nudziło mnie to czekanie. Aż wreszcie jest! A razem z busem wspaniała wiadomość – kierowca ma możliwość otwarcia dla nas sklepu w Górzance.

Dojechaliśmy, zrobiliśmy zakupy, załadowaliśmy się do schroniska. Całe dla nas! Ktoś robił kolację, ktoś poszedł się myć. Ogarnęliśmy się i usiedliśmy do stołu. Później, już po powrocie, słyszałam postronne niepochlebne opinie o naszym sposobie żywienia. Nie wiem, nie znam się (jeszcze) na właściwych posiłkach podczas trasy. Był smaczny makaron, była jakaś surówka, oczywiście herbata. Nie jestem zbyt wybredna pod tym względem, dla mnie było w porządku. W ogóle, kolega, który wtedy był mistrzem kuchni, gotuje świetnie. Bądź moja wola, zawsze bym go stawiała w wachcie (tak sobie tylko żartuję). Więcej ważnych rzeczy z tego dnia nie pamiętam, idę spać…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz