O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Doktor teologii moralnej.

6 lip 2019

Moje cuda bieszczadzkie. 3. Przejście: robi się ciekawie


Sobota: większe przygody
Wstałam dość wcześnie, ogarnęłam się i poszłam do kuchni – skoro wspólna wachta, to może coś zacznę robić. Przynajmniej nastawię wodę na herbatę. Za niedługo podciągnęli inni i zaczęły się konsultacje społeczne nt. „Jak się robi grzanki na patelni?” Zabawne to było: wyrażaliśmy swoje opinie, właściwie nie mając doświadczenia. Było kilka średnio udanych prób, aż przyszła kursantka, która UMIAŁA! Ostatecznie chyba nie było źle, dało się jeść.
Miał to być, zdaje się, luźniejszy dzień. Prawie zawsze mieliśmy mieć luźniejszy dzień. Cóż, każdy ma swoje pojęcie luzu... W każdym razie wyszliśmy w dobrym humorze i z dobrą pogodą. A ja też wreszcie kupiłam bilet powrotny na następną sobotę. Hurra, nie będę musiała zostawać na imprezę!

Stan mojej pamięci mnie przeraża – ale niestety świadczy to też o tym, jak „uważnie” pilnowałam mapy – znowu nie kojarzę naszej drogi. Jedną rzecz pamiętam na pewno: niedaleko szła linia energetyczna. Przewodnik zwrócił na nią naszą uwagę w terenie i na mapie jako na element orientacyjny. Ale gdzie myśmy szli i czy wleźliśmy z Górzanki na Wierch, nie powiem…
Na 100% natomiast doszliśmy pod Monaster. I tu Przewodnik nas zapytał: „A czy tam na górze są ruiny?” Ha, no na mapie jest napisane „miejsce dawnego klasztoru bazylianów”. Czy to oznacza, że coś tam zostało? Co powiemy, jeśli nas grupa kiedyś zapyta? Musieliśmy więc sprawdzić. Kto chciał, bez żadnego przymusu, ale ostatecznie tylko jeden kursant wraz z Przewodnikiem został pilnować plecaków, a myśmy na lekko zaczęli zdobywać górę. Tu już się okazało, jak bardzo byliśmy zgraną i zjednoczoną grupą, kiedy jedni chcieli od lewej strony wchodzić, inni od prawej, każdy własnym tempem… Ostatecznie jednak na szczyt weszliśmy razem, jako jedno! I zaczęliśmy bezskute… przepraszam, co ja mówię!… bardzo skuteczne poszukiwania ruin – odnaleźliśmy Stonehenge, mamy zdjęcie! Ale jak na wąskim szczycie mógł się zmieścić klasztor, tego nie do końca potrafiliśmy wyobrazić. Gdy już schodziliśmy, łagodniejszą drogą, jedna z kursantek znalazła jakieś kamienne fragmenty. Może, to były ślady po klasztorze? A może Przewodnik po prostu nas „wrobił” w zdobycie góry? Nie wiem, ale było wesoło. I czosnkowo, bo dużo niedźwiedziego czosnku rosło i pachniało. Aż dziwi, że jest pod ochroną.

Przystanek przy ostatnim sklepie.
W pierwszej połowie dnia mieliśmy „cywilizację”, minęliśmy kilka wsi, wchodziliśmy do sklepów. I nie kupiliśmy nic na kolację i śniadanie. Przewodnik nam zasugerował, żeby zrobić zakupy wachtowe, ale perspektywa noszenia dodatkowego bagażu i chyba jakieś wewnętrzne przekonanie, że przecież zdążymy do sklepu w Polanie, spowodowało, że nie przejęliśmy się tą sugestią, a on nie nalegał. W końcu, nasz wybór.

Mnie tego dnia przejmowała inna myśl: Msza św. niedzielna. Jeszcze przed wyjazdem próbowałam dowiedzieć się od przewodnictwa, gdzie nocujemy z soboty na niedzielę, i w końcu niepewnie, ale padła „Polana”. Sprawdziłam na internecie: są tam salezjanie. Miałam więc nadzieję, że uda się uczestniczyć we Mszy św., choć pewności nie było. Zastanawiałam się, czy nie spróbować jakoś się skontaktować na wszelki wypadek z księżmi, zwłaszcza że z Donem Bosko jestem zaprzyjaźniona, ale nie było kontaktów. Zresztą liczyłam na to, że może czy wieczorem, czy rano jednak znajdzie się czas na Mszę św. W trakcie przejścia w sobotę się okazało, że na wieczorną zdążyć szans nie ma. Poranna w niedzielę natomiast jest o 8.00, co wg naszego planu było za późno. Co więc robić?… Zaczęłam ponowne poszukiwania kontaktu, z wykorzystaniem też archiwum internetu – i udało się! Wykopałam numer do, jak sądzę, proboszcza. Zadzwoniłam z zapytaniem, czy może któryś z salezjanów ma zamiar celebrować prywatnie później wieczorem albo rano przed parafialną Mszą św. W końcu jak jest to zgromadzenie, to nie każdy musi być w koncelebrze… Głupio mi było, gdy mówiłam księdzu, że idzie nas grupa, ale właściwie to chyba tylko 1, najwyżej 2 osoby są zainteresowane. Wcale mu jednak to nie przeszkadzało. „Nie ma problemu, proszę zadzwonić bliżej wieczoru, dogadamy się”.

Przeszliśmy na drugą stronę mapy („Bieszczady” z Compassu). Przerwa na posiłek przy Starym Placu i wchodzimy do pasma Otrytu. Spotyka nas ostrzeżenie o niedźwiedziach – w tych rejonach jest ich sporo. Ale jesteśmy przygotowani i merytorycznie, i wyposażeniowo, więc spokojnie idziemy. Przed nami jeszcze długa droga. W którymś momencie trzeba dostać się z jednego szutra na inny, trochę błądzimy, bo ścieżek w górę jest kilka, ale udało się. Potem trzeba coś decydować z odebraniem klucza na nocleg i posiłkiem, bo widać, że nie będziemy wcześnie w Polanie. Trzeba wysłać kogoś na stopa. I to jest jedyny moment, który zapamiętałam, kiedy powstał rzeczywisty (i dla mnie wciąż niezrozumiały) zatarg pomiędzy Przewodnikiem a kilkoma osobami. Ale ostatecznie jeden z kursantów, obczajony w górach, został oddelegowany do Polany, a myśmy szli dalej własnym tempem.

Gdy było wiadomo, że dotrzemy późno, zadzwoniłam ponownie do salezjanina. Powiedziałam, że jednak jutro rano by mi pasowała Msza św. Wciąż nie byłam pewna, czy on rozumie, że to nie dla grupy, a dla mnie jednej. Ale rozumiał. Zapytał, jaka godzina by mi odpowiadała. Umówiliśmy się na 7.00. Czułam dumę, że „załatwiłam sobie Mszę św.”, lecz właściwie byłam pod ogromnym wrażeniem i wiedziałam, że to dar.

Już zaczynało się ściemniać, kiedy z naprzeciwka wyjechało auto – leśniczy. Jedną z kursantek na końcu grupy coś podkusiło, by zapytać o niedźwiedzi. „A kręcą się około ambony, 700 metrów stąd”. Grupa się skupiła, spoważniała, zaczęła głośno śpiewać. Zwłaszcza że musieliśmy zejść z szutru i wejść w las. Przez jakiś czas próbowałam „zamkować”, potem jednak zrobiło się ciemno, bałam się zostać sama na końcu, ktoś inny przejął tę funkcję. Byłam więc bliżej przodu, ale nie na samym początku. Dlatego też nie miałam szczęścia zobaczyć niedźwiedzicy z małymi, które były na łączce i wcale nie przejęły się robionym przez nas hałasem. Było nas 11 osób (po czasie sobie uświadomiłam, że nie 12 – przecież jeden z nas pojechał ogarniać jedzenie) vs. 3 niedźwiedzie. Co robić, jak żyć? Po dłuższej chwili jednak niedźwiedzica wolała zabrać młode gdzie indziej. Mogliśmy więc iść dalej. Nadal ze śpiewem (tu trzeba podkreślić, że najwytrwalszą była nasza najmłodsza kursantka-harcerka, której piosenka o melonach na zawsze chyba już pozostanie w naszych mózgach), w pewnym napięciu. Przewodnik był bardzo skupiony, nasłuchiwał, reagował na to, co się dzieje. I przy tym wiedział doskonale, gdzie iść – przynajmniej ja miałam takie wrażenie. Budził zaufanie i poczucie bezpieczeństwa.

Czy to oznacza, że się nie bałam? Trudno powiedzieć, jakie właściwie uczucia mi towarzyszyły. Była pewna trwoga. Gdy włączałam się w „robienie hałasu”, śpiewałam też sporo piosenek religijnych. Początkowo dlatego, że je po prostu znam. Potem jednak zaczęło do mnie docierać, że przecież są one modlitwą. Zaczęłam wybierać i śpiewać bardziej świadomie, jako rzeczywiste wezwanie do Boga w tych bądź co bądź niepewnych okolicznościach. Opatrzności ufam. Wiem, że nic „przypadkowego”, nic „poza rękoma Pana Boga” by się nie stało.

Na marginesie muszę powiedzieć, że na przejściu ciężko mi jest się modlić. O ile przy spokojnym chodzeniu po górach zachwyt nad ich pięknem i majestatem naprawdę jest drogą do zachwytu ich Stwórcą, o tyle walka z kolejnym podejściem, zmęczenie, łapanie oddechu nie pozwalają się skupić na modlitwie. Przed wyjazdem miałam taką myśl (zresztą, nie po raz pierwszy), że jak będzie ciężko, to będę odmawiać Różaniec. Gdzie tam! Powinnam już się nauczyć – nie w takich warunkach. Oczywiście, nie oznacza to, jakoby na przejściu nie było miejsca na życie duchowe. Przybiera ono wszak inne formy – te, które miałam w założeniach przed wyjazdem: ofiarowanie trudności i niewygód, pokonywanie siebie, cierpliwość i nienarzekanie. Jak w pielgrzymce.

Mieliśmy dojść do asfaltowej drogi, która już prowadziła prosto do Polany. Żeby do niej dostać się, trzeba było jeszcze przekroczyć przez rzeczkę. Bałam się: ciemno. I kto wie, co jest na dnie? A wg Przewodnika gdzieś niedaleko był most. Ostatecznie jednak padła wspólna decyzja, że idziemy w bród. No trudno, skoro tak, to trzeba iść. Zdejmuję buty i wchodzę do rzeki w skarpetach, by niezbyt zaskoczyć się czymś śliskim i nieprzyjemnym. Zaskoczyłam się jednak czym innym – tą cudowną ulgą, jaką daje zmęczonym nogom zimna woda potoku. Wspaniałe uczucie! Cieszę się, że nie szukaliśmy mostu.

Jeszcze kilka minut i przed nami asfaltowa droga. Podjeżdża auto osobowe – znajomy naszego Przewodnika, GOPR-owiec. Aż tak z nami źle, że trzeba było wezwać GOPR? Na szczęście nie. Jak później się dowiedziałam, on miał być naszym gościem-niespodzianką (wiedzieliśmy, że ma być – tyle), ale że godzina była późna, nie było już czasu na spotkanie. Zaoferował się za to, że nas podrzuci na nocleg. Bardzo to miłe, zwłaszcza że akurat zaczynał się deszcz. I tak turami dotarliśmy do szkoły w Polanie. Tam jeszcze trochę czekaliśmy na „klucznika”, aż wreszcie otworzyły się drzwi tego ciepłego i suchego przybytku, a wkrótce przybyła i nasza kolacja. Znowu makaron, ale dla mnie akurat było to zupełnie w porządku – czasem właśnie tak się żywię. Mieliśmy dużą salę do spania, fajne materace, gorący prysznic, przed snem graliśmy w „Kontakt”, co z powodu pewnego kursanta nagminnie łamiącego reguły było jeszcze zabawniejsze niż normalnie. To był piękny ciekawy dzień, pełen wrażeń, i żegnaliśmy go w dobrym humorze.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz