O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Doktor teologii moralnej.

7 lip 2019

Moje cuda bieszczadzkie. 4. Przejście: nie tak miało być!


To jest najdramatyczniejsza część naszego przejścia. Musiałam ją opisać, ale nie było to łatwe. I należy ją doczytać do samego końca, nie wyciągając pochopnych wniosków.

Niedziela: dzień kryzysu
Kościół w Polanie.
Poranek mój zaczął się od podążania do kościoła, który był trochę oddalony od naszego miejsca noclegu. Obawiałam się, że się spóźnię, więc przybyłam z 15 minut wcześniej. Kościół był jeszcze zamknięty, ale za chwilę ksiądz mi otworzył. Wszedł do zakrystii, ja uklękłam w ławce. Zaraz wyszedł i zaczął Mszę św. Dla mnie samej! Muszę przyznać, że miałam trochę tremy – uczestnicząc w obydwu formach rytu rzymskiego, zwyczajnej i nadzwyczajnej, czasem coś mylę. Udało mi się jednak nie odpowiedzieć księdzu po łacinie (nie miałam zamiaru go zadziwiać) i chyba nic po polsku nie pomylić. Nie było tak nielubianych przeze mnie elementów NOM, jak modlitwa wiernych i znak pokoju. Nie było też kazania (może i szkoda) – ani tacy, jakby ktoś chciał pytać. Po Mszy św. ksiądz znowu wszedł do zakrystii, nic do mnie nie powiedział – ja też do niego nie podeszłam. Po prostu wróciłam do szkoły. Ale jestem nadal pod ogromnym wrażeniem tego kapłana i jego troski duszpasterskiej! Niby to powinno być naturalne, lecz naprawdę nie wiem, jak wielu księży zechciałoby odprawić poza harmonogramem Mszę św. dla jednej wiernej, żeby tylko ona mogła spełnić niedzielny obowiązek. Dziękuję Panu Bogu za takich księży – i Don Bosko za jego salezjanów! To był jeden z największych cudów mego wyjazdu – ale zdecydowanie nie jedyny.

Dochodząc do miejsca noclegu, spotkałam kilku kursantów idących do sklepu. Za niedługo wrócili z wiadomością, że sklep zamknięty – a więc, nie mamy śniadania ani jedzenia na drogę. Ktoś chciał jechać stopem do Czarnej, ale nie wiadomo, o ile to by mogło opóźnić nasze wyjście. Zrobiliśmy więc śniadanie składkowe: kto co miał, tym się podzielił. Przewodnik, który tego dnia nas opuszczał, oddał nam swoje zapasy. W wyniku mieliśmy niezwykle rarytasowy posiłek: kanapki ze spaghetti, kanapkowy snickers (chleb posmarowany Nutellą i posypany karmelizowanymi orzeszkami), ser tofu… Dobry szwedki stół. Po którym tym bardziej zmalały nasze zapasy na drogę. Padło jednak coś o tym, że mamy dziś iść przez Czarną i tam się zakupimy.

Czekaliśmy jeszcze na Przewodniczkę, zmienniczkę naszego dotychczasowego nauczyciela, która musiała do nas rano dotrzeć. Jak się okazało (dowiedziałam się nieco więcej później), Przewodnicy nie do końca byli dogadani co do tras. Nie wiem, samowolka to była czy brak komunikacji, ale w wyniku wyjście nam się opóźniało, a droga tego dnia była długa. Wreszcie Przewodniczce udało się do nas dojść, a w międzyczasie przyszedł były dyrektor szkoły, w której nocowaliśmy. Opowiadał bardzo ciekawe historie o sobie, o miejscowości, o nauczycielstwie lata wstecz. Warto by było te jego opowieści spisać. My jednak powinniśmy byli już wychodzić, więc Przewodniczka musiała mu przerwać. To była konieczność, ale coś było w jej tonie, że było nieprzyjemnie. Następnie usłyszeliśmy, że od teraz nie ma czegoś takiego jak wspólna wachta, jak też dostaliśmy wytyczne co do posiłków. Później, już po powrocie do Lublina, dowiedziałam się, że i kwestia potrzeby wacht, i elementy menu były kiedyś grupie tłumaczone – niestety, na jednym z tych wyjazdów, na których mnie nie było. Na tamten moment jednak zostało to powiedziane w sposób apodyktyczny, mieliśmy to po prostu przyjąć, co we mnie wywołało sporą niechęć do Przewodniczki. Do tego doszły skojarzenia z moją ciężką zimówką, na której ona także była wśród kadry. W wyniku padł mi kompletnie zapał do robienia czegokolwiek. Za chwilę też dowiedzieliśmy się, że wcale przez Czarną nie idziemy i nie będziemy mieć sklepu po drodze. Niedogadanie przewodników skazało nas na śmierć w górach z głodu i pragnienia!

No dobra, przesadzam. Wody nam nie brakło, bo pogoda tego dnia się zmieniła i zostaliśmy nieźle przemoczeni. Ja natomiast czułam się olana jeszcze z innego powodu: nie potrafiłam śledzić szlaku, a nie dostawałam pomocy. Zgrały się tu dwie rzeczy. Z jednej strony, była moja absurdalna niechęć, rozdrażnienie i odpowiadanie na pytanie Przewodniczki „gdzie jesteśmy?” samym „nie wiem”. Z drugiej, jej samo „nie”, gdy jednak próbowałam wskazać możliwe miejsce naszego przebywania. Im dalej w las, tym bardziej nie wiedziałam, gdzie jestem, więc nie potrafiłam pilnować drogi ani przekładać mapki na teren. Gorycz i niezadowolenie rosły. Powiedziałam Przewodniczce, że ja tak się nie uczę, gdy nie wiem, gdzie jestem. Obiecała, że następnego dnia będę miała prowadzenie.

Nie tylko ja jednak byłam niezadowolona. Deszcz, zimno, sposób komunikacji, no i poranne niedogadanie nagniatały atmosferę. W którymś momencie zaczęły się rozmowy o skróceniu szlaku, wyjściu na szuter, może podjechaniu, bo „zima zaskoczyła kierowców” – część z nas była nie do końca przygotowana na taką przygodę i warunki pogodowe tego dnia, ktoś też czuł się niezbyt dobrze. W tym momencie dowiedzieliśmy się, że Przewodnicy różnią się od siebie nie tylko osobowością i charakterem relacji z kursantami, ale i wyobrażeniami na temat przejścia. Został nam zrobiony wykład o tym, jak mają i jak nie mają wyglądać kursowe Bieszczady. Nie było to posunięcie dobre. Nawet nasuwa mi się słowo „fatalne” – kiepski moment, niedopasowana do grupy forma i ton wypowiedzi… Patrząc z dystansu, rozumiem jednak, że Przewodniczka też była postawiona w trudnej sytuacji. Niełatwo jest przejmować grupę po kimś innym, kto ma – trzeba przyznać – zupełnie inny charakter. Tym bardziej trudno znaleźć odpowiednie słowa, gdy wiesz, że musisz grupę rozczarować, musisz jej powiedzieć „nie”. Tym razem Przewodniczce się nie udało takich słów znaleźć, szliśmy dalej coraz bardziej rozdrażnieni. No i nam też się „nie udało”: nie było tu możliwości zejścia na szuter, a tym bardziej złapania stopa. Robiliśmy więc to, co i tak było zamierzone, tylko że w kiepskim humorze.

Z głodu jednak nie padliśmy. Niektórzy byli przezorniejsi ode mnie i coś jeszcze mieli (ja nawet do śniadania nic nie miałam do dołożenia). Sporo było też wspólnego chleba. I Przewodniczka podzieliła się z nami swoimi zapasami. Co więcej, zatroszczyła się o to, by Przewodnik, który po opuszczeniu nas dotarł do swojego auta i jeszcze zrobił nam zakupy na wieczór, podwiózł dodatkowo konserwy na szlak – w miejsce, gdzie już był szuter. Była to miła niespodzianka! Nie skorzystaliśmy jednakże z tych zapasów w drodze, bo dotarliśmy do nich za późno, spieszno nam było, więc tylko zabraliśmy je ze sobą.

Dlaczego byliśmy za późno? Trudno mi odpowiedzieć. Słyszę, że byliśmy wolną ekipą, i jestem skłonna w to uwierzyć. Nie wszyscy przychodzą na kurs przygotowani i doświadczeni. Część idzie właśnie po to, by się nauczyć chodzenia po górach i radzenia sobie w różnych warunkach, jest to początek ich górskiej przygody. Tak jak jest to u mnie. Do tego niektórzy kursanci dochodzili w trakcie roku i nie byli na wielu wyjazdach. Bieszczady zaś nie są łatwym przejściem nawet dla doświadczonych osób. Poza tym, są takie ordynarne przyczyny zwolnienia na trasie, jak odciski. Jeden z kursantów miał właśnie problem ze stopami. Starał się, szedł uparcie – ale wolno. I tu znowu było coś, czego nie potrafiłam wtedy zrozumieć w zachowaniu Przewodniczki. Uczono nas na kursie, że trzeba się dostosowywać do tempa najwolniejszej osoby; ewentualnie, brać ją naprzód. Po to m.in. mamy „zamek”, by pilnował, żeby grupa za bardzo się nie rozciągała. Poza tym, w górach nie zostawia się człowieka samego. Odległość pomiędzy tym kursantem a Przewodniczką jednak była spora, szczególnie gdy szliśmy już szutrem (ostatecznie wyszliśmy na niego). Niby droga wiadoma, ale już się robiło ciemno, a kolega czuł się olany. Zgłaszał nieraz, że nie wyrabia, ale na dłużej to nie skutkowało – dystans znowu się zwiększał. Razem z jeszcze jedną dziewczyną towarzyszyłyśmy mu, starając się dodać otuchy. Ale muszę przyznać, sporo też w tym było narzekania i rozdrażnienia, zwłaszcza na Przewodniczkę. Kursant ten zrezygnował z kontynuacji i następnego dnia wyjechał.

Dowiedziałam się później, że trochę przyśpieszyć na oczywistej trasie to też jest sposób na to, by wolniejsza osoba szła szybciej. Na mnie to przerobił Grzegorz podczas Wyczerpaka, i muszę przyznać, że skutecznie. Co do tej bieszczadzkiej sytuacji, mam jednak wciąż wątpliwości, że było to dobre rozwiązanie. Albo może za długi dystans, bo nie było dwóch grup  szybszej i wolniejszej  tylko kilka grupek oddzielonych od siebie.

Na miejscu noclegu, do którego zziębnięci i mokrzy ostatecznie dotarliśmy, otrzymaliśmy polecenie od razu siadać do stołu, bez przebierania się. Nie wspomniałam o tym wcześniej, ale w pewnym momencie kilka szybszych osób jako wachta oddzieliło się od nas i pognało do miejsca, skąd można było złapać stopa. Musiał bowiem ktoś z nas dotrzeć do schroniska przed 21.00, byśmy w ogóle mogli tam przenocować. No i oczywiście było to wspaniałe, że czekało na nas ciepła kolacja. Szkoda tylko, że została przyprawiona ostrymi słowami ze strony Przewodniczki… Ten dzień nie był miły.

Poniedziałek: na prowadzeniu
Poranek był dla mnie stresujący. Mieliśmy zalecenie załatwienia zakupów prywatnych przed wyjściem, a mi okropnie nie chciało się zakładać mokrych po wczorajszym dniu butów, by potem znowu je przed śniadanie zdejmować. Iść po śniadaniu natomiast nie bardzo mogłam, bo zgodnie z obietnicą Przewodniczki miałam prowadzić na początku, a czułam się niepewna i powinnam była obczaić mapę. Skończyło się na tym, że wybrałam się do sklepu w klapkach, ale o godzinie śniadania, więc gdy wróciłam, okazało się, że wszyscy już na mnie czekają. Kilkakrotnie jeszcze było mi to wypominane (nie przez grupę). No dobra, posiłek zjedzony, wachta wszystko ogarnęła, zaraz mamy wychodzić, ale jeszcze otrzymaliśmy zadanie przeanalizowania naszego dzisiejszego szlaku z Kalnicy do Jabłonek: odległości, podejścia, czas. Na początku przejścia chciałam coś takiego zrobić, ze skryptu (dostaliśmy taki o orientacji w terenie etc.) wydawało mi się to fajne. Chciałam jednak robić to na spokojnie, powoli, a nie na kolanie, ze świadomością, że już jesteśmy spóźnieni z wyjściem. Nadal byłam zła. I wszystko mi było źle.

Prowadzenie w moim odczuciu też mi szło źle. A przynajmniej bardzo wolno. Co chwilę stawałam, sprawdzałam, próbowałam zrozumieć, gdzie jestem. W którymś momencie – już po naprawdę długim czasie – Przewodniczka zaproponowała, żeby ktoś mnie zmienił. Nie zgodziłam się. Byłam uparta, było mi smutno z powodu nieogarnięcia, ale chciałam kontynuować. Przystała na to, za co jestem jej bardzo wdzięczna. Jak też grupie, która pozostawała cierpliwa, choć nie zawsze posłuszna mojemu prowadzeniu. Droga była ciekawa, spotykaliśmy „oazy młodnika” – miejsca lubione przez niedźwiadki. Na jednym z rozstajów ścieżek poprowadziłam nas w kierunku takiej oazy, a coś zaczęło się poruszać. Musieliśmy się wrócić. Ostatecznie nie przewodziłam do końca tego etapu, podmieniono mnie. Myślę, że dobrze. Byłam już wtedy zmęczona. Jeśli dobrze kojarzę, ze trzy godziny szliśmy z Kalnicy na Czereninę...

W trakcie dalszej drogi odbyłam rozmowę z Przewodniczką. Dotyczyła ona mojego wzroku, radzenia sobie i kontynuacji kursu – dokładniej tego, czy nie lepiej, bym nie robiła jeszcze manewrów w tym roku. Miałam więc temat do zastanowienia się. Samą mnie też to martwiło, bo obawiałam się, że mogę okazać się zbytnim obciążeniem dla swoich towarzyszy manewrowych, gdyby trzeba było iść po ciemku.

A propos nocnego chodzenia, które nie tylko mnie stresowało. Przewodniczka zaproponowała, że tego dnia po dojściu na nocleg wyjdzie z chętnymi osobami poćwiczyć nocne przejście. Było to rozwiązanie ciekawe i dla mnie sprawę ułatwiające. Oczywiście, chciałabym pójść, ale tym razem chyba bym odpuściła. Ostatecznie jednak byliśmy na tyle opóźnieni, że spacer w ciemnościach czekał całą grupę. Nie doświadczyły go tylko dwie osoby.

Łapiąc stopa,
idziemy wzdłuż Solinki
Jedna z kursantek już od kilku dni trochę źle się czuła, więc przy Buku postanowiono ją wyprawić stopem na nocleg. Ja się uparłam, że dziewczyny, do tego chorej, nie wolno puszczać samej. Przewodniczka więc zasugerowała, bym jej towarzyszyła. W końcu dzięki temu nie będę też musiała zmagać się z nocnym przejściem. Szczerze mówiąc, nie chciałam, a i kursantka chyba wolałaby jechać sama niż w towarzystwie takiej niedorajdy. Rozglądałam się więc dookoła, próbowałam pytać, czy ktoś może nie jest zbyt zmęczony. Nie znalazło się innych chętnych towarzyszyć chorej koleżance. Odłączyłyśmy zatem we dwójkę i poszłyśmy łapać stopa. Żadna z nas nie miała w tym zbyt dużego doświadczenia, ale udało nam się przy życzliwości dwóch kierowców dotrzeć do Cisnej. Stąd akurat za niedługo był autobus. Kiedy podjeżdżałyśmy do Jabłonek, zaczynało kropić. Współczułam grupie, przed którą był jeszcze spory szmat drogi. Nas też czekało lekkie zmoknięcie, bo do schroniska trzeba było dojść. Zapytałam kierowcę, na którym z dwóch przystanków lepiej wysiąść, żeby było bliżej. Miał dobre serce, odpowiedział czynem: wypuścił nas naprzeciwko schroniska.

Schronisko było otwarte, ale właściciela przez dłuższy czas nie było. Czekałyśmy więc wewnątrz cierpliwie, nie do końca wiedząc, co ze sobą począć. Koleżanka próbowała trochę pospać, ja się rozglądałam. Uświadomiłam sobie, że znam to miejsce: nocowaliśmy tu na rajdzie bieszczadzkim rok temu. Sporo jednak się zmieniło.

Ostatecznie przyszedł właściciel, pokazał nasz pokój, ponoć włączył ogrzewanie. Tego wieczoru dojechała też do nas para przewodników. Przywieźli zakupy wachtowe, więc my z koleżanką zrobiłyśmy kolację. (Właściwie, to raczej ona zrobiła, a ja bardziej przeszkadzałam). Pozostali przyszli późno, znowu mokrzy, zziębnięci i rozdrażnieni. I znowu dostaliśmy przy posiłku ochrzan – za niepunktualność.

Wtorek rano: i wszystko trafił szlag…
Noc była długa. Grupa świętowała urodziny jednej z kursantek i złościła się na atmosferę na przejściu. Ja poszłam wcześniej spać, ale się obudziłam – z zimna. Próbowałam włożyć dodatkową kołdrę, potem zaczęłam szlajać się po schronisku, zagrzałam sobie wrzątku. Jeden z kolegów oddał mi coś: swój śpiwór czy kołdrę, nie pamiętam. W końcu zrobiło mi się ciepło i zasnęłam.

Chora kursantka tego dnia wracała do Lublina. Ja ciągle chodziłam z myślą, czy mam robić manewry. Chciałam zapytać grupy, co oni na to, czy dadzą radę z moim towarzystwem. Na śniadaniu dowiedzieliśmy się, że ze względu na ogólny stan grupy dziś czeka nas lekki dzień: panoramka, a potem przejazd stopem, zakupy, odpoczynek… Manewry zaczynały się we czwartek, a w środę wypadał 1 maj. Jeślibym więc nie robiła manewrów, to lepiej wracać dziś… Dowiedziałam się też, że rano wycofała się z przejścia kolejna kursantka.

W drodze na polanę, na której miała być panoramka, odważyłam się zadać grupie nurtujące mnie pytanie. Odpowiedzi dostałam szczere, ale trochę inne, niż bym chciała usłyszeć. Nie było osoby, która by powiedziała „nie przejmuj się, pomogę Ci, razem damy radę”. Wiedziałam, że jeśli coś pójdzie nie tak, to będę dla nich ciężarem, a nie byłoby to dla mnie przyjemne. Zaczęłam się zastanawiać, co robić, bo jednak na majówkę wracać do Lublina nie chciałam. Zadzwoniłam do Księdza do Rzeszowa i zapytałam, czy ewentualnie nie mogłabym u niego właśnie teraz się zatrzymać – bo jakiś czas temu mnie zapraszał. Na ten moment był to jednak wciąż plan zapasowy.

Dotarliśmy na polankę, rozłożyliśmy mapki, przygotowaliśmy się do panoramki… ale zamiast tego zaczęła się kolejna lekcja porządkowa. Za dużo było emocji, za mało słuchania się nawzajem, zrozumienia i przebaczenia. W pewnym momencie jedna z kursantek wstała, podziękowała za wszystko, co jej kurs dał dotychczas (zrobiła to bardzo elegancko, szczególnie uwzględniając panującą aurę!), i zrezygnowała. Poszła do schroniska. Zerwałam się za nią, bo i tak już na manewry się nie wybierałam. W drodze na polankę nie zawróciłam m.in. dlatego, iż się bałam, że zgubię się po drodze. Teraz miałam z kim iść, by nie zabłądzić. Zabrała się z nami kolejna dziewczyna, której nie odpowiadała atmosfera na przejściu. W drodze do schroniska ponownie zadzwoniłam do Księdza, już z wyraźną prośbą. Udało się, proboszcz pozwolił, bym zatrzymała się w pokoju gościnnym na plebanii. Zwróciłam więc swój tak upragniony kilka dni temu bilet z Polańczyka do Lublina na sobotę i czekałam teraz w schronisku na busa do Zagórza. Po jakimś czasie wrócili pozostali z polanki. Coś tam się zadziało dalej i kolejne osoby zrezygnowały. Przejście się rozpadło. Wszyscy mieliśmy „wolne”. Kilka osób wybierało się do Wetliny. Kilka nie wiedziało jeszcze, co zrobi. My z chorującą koleżanką wsiadłyśmy do busa…
***
Trudno mi było opisywać tę część naszego przejścia. Trudno było to przeżywać. Emocje były ogromne. Smutek, rozdrażnienie, złość, bezradność… Wystarczyło jednak trochę odjechać, by nabrać dystansu także psychicznego. Po pierwsze, przyszła świadomość, jak bardzo JA zawaliłam. Olałam swoje postanowienia. Nie narzekać, być cierpliwą, wytrzymać… Gdzie tam! Czuję swoją winę, bo byłam jedną z tych, którzy nagniatali atmosferę, gadali na Przewodniczkę, krytykowali zamiast widzieć to, co dobre. Sumieniu swojemu wmawiałam różne rzeczy. Ale prawda jest okrutna: zawaliłam. Zachowywałam się niegodnie miana katoliczki. Po drugie, zaczęłam stawiać się na miejscu naszej Przewodniczki. Włączyłam empatię i wyobraźnię. I zrozumiałam, że w takiej sytuacji mogłabym się zachowywać bardzo podobnie. Zabrakło dziewczynie gdzieś dyplomacji, rozeznania co do potrzeb grupy i elastyczności, ale niczego nie zrobiła ze złośliwości. Nie miałam i nie mam wątpliwości, że czyniła to, co jej się wydawało najlepsze, i postępowała najlepiej, jak umiała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz