O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Doktor teologii moralnej.

10 lip 2019

Moje cuda bieszczadzkie. 5. Rzeszów: przełom


Wtorek później: wybór należy do mnie
Bolało i zasmucało mnie to, co się stało. Czułam, że rozpadła nam się grupa, choć faktycznie odeszło z kursu tylko kilka osób. Myślałam: co dalej ze mną?
Nocleg w Rzeszowie wstępnie miałam umówiony do czwartku. Zastanawiałam się w busie, co robić potem. Pytać o możliwość dłuższego pobytu, jechać do Lublina albo… Przeglądając w drodze Facebooka, otrzymałam przypomnienie o rajdzie SKPB. W tamtym roku byłam (zresztą, z Przewodniczką!) i było fajnie, aż trochę żałowałam, że teraz mam w tym czasie przejście. Na wszelki wypadek miałam zaznaczone „Zainteresowana” przy rajdzie – i właśnie mi wypłynęło. „Jutro się zaczyna”. Do tego jedną z tras prowadzi nasz pierwszy Przewodnik. Serce mi drgnęło: toć wiedziałam, to dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej, gdy jeszcze byłam w schronisku? Teraz już późno, nie będę przecież się wracać. Zresztą, zapisy skończyły się kilka dni temu.
Nie będę się wracać…” Odjeżdżając coraz dalej od Bieszczad, czułam, że to może być koniec. Że mam podstawy, by uznać swoją fanaberię górską za sfinalizowany eksperyment. A może w ogóle cała ta moja wielka miłość do gór jest tylko mrzonką? Kolejnym słomianym zachwytem, który za chwilę wygaśnie? Oczywiście, nie musi wszystko być takie dramatyczne. Przecież mogę pojechać do Lublina, a kiedyś znowu wyruszyć z rajdem, ale… Było we mnie jakieś poczucie „albo teraz, albo nigdy”. Znowu biłam się z myślami. I potrzebowałam rady, podpowiedzi…

Dogadałam się z Księdzem, na jakim przystanku w Rzeszowie mam wysiąść. Było to obok jakiegoś kościoła, przy którym też była księgarnia. Ksiądz chciał jeszcze kupić jakieś tam książki, więc póki on wybierał, ja też przeglądałam półki. Natrafiłam na jedną z publikacji z cytatami na każdy dzień czy coś w ten deseń. Sceptyczna jestem wobec rozeznawania Bożej woli metodą „chybił trafił” nawet przez Biblię i zdecydowanie radzę coś mniej podatnego na własną inwencję interpretacyjną podmiotu rozeznającego, ale wiem, że czasem Pan Bóg i w ten sposób przemawia. Z pewną ostrożnością i bez wielkich nadziei otworzyłam książkę i natrafiłam na tekst z Eda Viestursa. Nie miałam pojęcia, kto to jest, a cytat brzmiał mniej więcej tak: „Wejście na szczyt jest opcjonalne. Upadek z niego nieunikniony”. Z jednej strony, byłam pod wrażeniem, bo przecież mowa jest o górach, czyli w temacie mnie nurtującym. Z drugiej, wyglądało to jak metafora pychy i raczej odradzanie wspinania się ku szczytom. Z trzeciej, coś mi w tym nie pasowało: na pewno zdobycie góry musi kończyć się upadkiem? Stwierdziłam, że poszukam oryginału cytatu. Odkryłam, że autor jest himalaistą, zdecydowanie pasjonatem gór. Czy mógłby napisać powyższe zdanie?
Nie pamiętam, kto wydał tamtą książkę z cytatami. Nie wiem, kto był tłumaczem i kto dobierał teksty. Ktoś w każdym razie spaprał sprawę. Wiadomo, traduttore, traditore, ale słowa naprawdę mają znaczenie! Cytat Viestursa bowiem brzmi tak: „Getting to the top is optional. Getting down is mandatory”. Nie ma tu mowy o żadnym upadku. Nie ma bierności czy kary za wspinanie się coraz wyżej. Jest stwierdzenie faktu, dynamika życia, realizm. Nie każdy musi wejść na szczyt, ale gdy to zrobi, musi liczyć się z koniecznością zejścia. Taka jest kolej rzeczy. Co więcej, zawsze trzeba o tym pamiętać, rozliczając swoje siły tak, by starczyło ich także na powrót na dół.

Trochę później zobaczyłam na Facebooku, że kilka osób z naszej grupy, które zostały, zamierzają dołączyć do rajdu. Czyli można! Kusząca myśl, a jednocześnie takie dziwne to by było – wracać. Poza tym, nie byłam gotowa, by dołączyć następnego dnia. Potrzebowałam odpoczynku, wysuszenia butów. Chciałam trochę z Księdzem pogadać, skoro już trafiłam do Rzeszowa tak nieoczekiwanie szybko. Do tego miałam pewną tremę co do perspektywy spotkania z Przewodnikiem. Bardzo bym chciała pójść z nim, ale bałam się, że „będzie mnie za dużo”. Byłam też pewna, że pozostali będą szli jego trasą. Skomplikowane to, by zrozumieć kłębek mych myśli, ale skutek był taki, że napisałam do dziewczyny kierującej inną trasą (obydwie – i jej, i Przewodnika – miały przebiegać podobnie, a do tego mieć wspólne noclegi). Wiadomość brzmiała: „Mam pytanie NA WSZELKI WYPADEK, czy istnieje możliwość dołączyć do Twego rajdu w czwartek?” Dla mnie to wciąż była decyzja na pograniczu z niemożliwym.

Nie doczekawszy się odpowiedzi, poszłam na Mszę św. (oczywiście, tu już nie było żadnego problemu, przecież nocowałam przy kościele), w trakcie której myślałam, co zrobić. „Czy pojechać na rajd? Przecież to będzie szaleństwo z mojej strony!” Rozumiem, że dla niektórych moja trema i podniecenie są zupełnie obce – co w tym takiego, by pojechać sobie na rajd, tym bardziej, jak już się na takim było? Ale u mnie to był moment napięcia emocjonalnego, to be or not to be. Chciałam jechać. Niech tylko po Mszy św. będzie odpowiedź! Trochę jak czekanie na wyrok.

Odpowiedź przyszła. Pozytywna – mogę dołączyć. Wtedy już było „Dopisz mnie, proszę (wszelki wypadek nastąpił :D)”. Godziny w kościele wystarczyło, bym dorosła do decyzji. A zatem, jedziemy z Księdzem po zakupy na drogę. Jutro jest 1 maj, wszystko będzie zamknięte, a w czwartek mam busa jeszcze przed 5.00. Zabawne: gdy wybierałam się na przejście i rozważałam nocleg w Rzeszowie, miałam tym właśnie busem dojechać do Leska – stwierdziłam, że strasznie wcześnie (i jeszcze biednego Księdza zmuszać do wstania, by mnie autem podwiózł). A jednak tak zrobiłam, tyle że kilka dni później.

Zakupy, pranie, suszenie obuwia. I ekscytacja, że jednak jestem szalona i że jednak NIE REZYGNUJĘ Z GÓR! Czyli jest to miłość prawdziwa, dla której stać mnie na wyrzeczenia. Także finansowe, bo kolejne przemierzanie trasy z Rzeszowa w Bieszczady, a potem powrót do Lublina wszak trochę dodatkowych kosztów generuje. Nie mówiąc o noclegach i jedzeniu na rajdzie. I imprezie.

Tak, imprezie – tej, której tak chciałam uniknąć, imprezie z „tymi ludźmi”. Przełom nie dotyczył tylko gór. Wtedy właśnie, kiedy przejście trafił szlag, kiedy kurs mi się rozpadał, kiedy odczuwałam, że jestem słaba i mogę mieć problemy z manewrami – wtedy stwierdziłam, że mi zależy i że zamierzam zdobyć blachę. Że już nie chcę robić kursu tylko dla prywatnego nauczenia się chodzenia po górach, ale chcę dołączyć do SKPB. Że „ci ludzie” są fajni i wartościowi.
Ironia losu: dużo do tego przyczyniło się doświadczenie przejścia z Przewodnikiem, a jego drogi z Kołem akurat zaczęły się rozchodzić… ale to jest inna historia, nie moja (choć o nią mocno zahacza), i nie chcę jej poruszać.

Środa: odpoczynek
To był dobry, spokojny dzień. Byliśmy z Księdzem w gościach u jego krewnych, bo któryś z dzieciaków miał urodziny. Była Msza św. – we wspomnienie św. Józefa, czyli w jeden z tych dni, z powodu których przed Bieszczadami szczególnie się smuciłam, że nie będę w kościele. Wieczorem była planszówka z Księdzem i „jego” młodzieżą. Zdążyłam się zdenerwować, bo miałam wszak bardzo wcześnie wstać, a potem spędzić dzień w górach, a ci grali, i grali, i grali… Odłączyłam się od nich wreszcie. Poszłam spać z pewnym niepokojem, bo nie dogadałam się z Księdzem, czy mam go jakoś obudzić, czy sam pamięta, o której mam busa. A czy na pewno wstanie, skoro już północ, a on kontynuuje rozgrywkę? Najwyżej będę musiała wstać wcześniej i spróbować dojść na piechotę… Jak się okazało, niepotrzebnie się martwiłam. Pamiętał, obudził się, dowiózł mnie na czas na dworzec. Ale to już czwartek, kiedy zaczyna się zupełnie nowa przygoda...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz