O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Doktor teologii moralnej.

15 lip 2019

Moje cuda bieszczadzkie. 6. Samotna wędrówka: nauka jazdy stopem


Czwartek rano: ku Bieszczadom!
Rajdowicze nocowali w „Kolibie” i mieli wyjść z niej jakoś po 9.00. Zakładałam, że nawet z dużym plecakiem idę jednak szybciej niż grupa i na pewno robię postoje rzadsze i krótsze. Plan więc był taki, że dojeżdżam do Bereżek ok. 9.00 i stamtąd gonię ekipę, żeby najdalej w Zatwarnicy z nimi się połączyć. Przy tym do Nasicznego droga w ogóle nie wyglądała na skomplikowaną nawet dla mnie, z małym doświadczeniem, a i potem jakieś szlaki i ścieżki były. W każdym razie propozycja, bym dojechała do Zatwarnicy i tam czekała na grupę, mnie się nie podobała: chciałam chodzić po górach, a nie siedzieć na tyłku, aż inni do mnie dotrą.

Z Rzeszowa dojechałam do Zagórza. Tu zgodnie z e-podróżnikiem miałam przesiadkę na busa do Bereżek za jakieś 40 minut. Pomyślałam sobie, że może bym spróbowała dojechać stopem: jak będę miała szczęście, to dostanę się wcześniej do pożądanego punktu i będę miała mniejszą różnicę czasową z rajdem. Poza tym muszę przyznać, że mi autostop kojarzy się z jakimś romantyzmem. Wiele razy chciałam spróbować. Z drugiej strony, głupio mi szukać podwózki tam, gdzie mogę dojechać transportem publicznym. No i ryzyko: samej kobiecie lepiej nie wsiadać do obcego auta. Tym razem jednak byłam na haju emocjonalnym. Sięgnęłam więc po mapę oraz po trasę busu w aplikacji, by wyznaczyć ewentualne punkty przesiadkowe, bo wiadomo, że dojazd stopem czasem jest poszatkowany na mniejsze odcinki. Wtedy nazwy mi prawie nic nie mówiły, słabo byłam obczajona w mapie, ale wymienione w e-podróżniku miejscowości znalazłam. Wyciągnęłam rękę…

Moją reakcją na stające auto jest niedowierzanie. Naprawdę ktoś chce mnie podwieźć? A może po prostu robi sobie przerwę albo na kogoś czeka?
Facet jedzie samochodem osobowym, ale z tyłu ma jakąś butlę na przyczepce. Nie wiem nadal, co to było. Nieważne. Mówię, że potrzebuję dostać się do Bereżek – albo gdzieś bliżej. Może podrzucić do Leska. A nawet do Hoczwi, to zawsze bliżej. „Hoczew? No była na trasie jakaś taka miejscowość na 'h'. Ok”. Wsiadam, jedziemy, gadamy. Kierowca mój jest miejscowy, ale sporo czasu spędził za granicą, teraz wrócił. Doświadczenie w górach marne. Ech, dziwne to, ale można mieszkać w Bieszczadach i po nich nie chodzić… Wysadza mnie na zakręcie w Hoczwi. Podpowiada, do jakiego skrzyżowania mam dojść, by być na właściwej drodze. Dobra, idę.
Na wskazanym skrzyżowaniu widzę dwie drogi. Przy obydwu są przystanki, więc na wszelki wypadek sprawdzam busy. Nie ma nic interesującego. W tym nie ma tego busa, w jakiego miałam wsiąść w Zagórzu. Jesteś poza trasąNo dobra… Szukam nowej drogi. Szosą 894 można dojechać do Czarnej, ta już leży na odpowiedniej trasie. Próbuję więc złapać autko jadące tam. Kilka osób przystaje i są gotowi mnie podwieźć, ale do Polańczyka. Mówię, że potrzebuję do Bereżek. „Berezki? – Nie, Bereżek, droga na Ustrzyki Górne”. Z czasem do mnie dociera, że stąd to raczej trudno będzie się dostać do upragnionego przeze mnie punktu. Trzeba niestety wrócić do sensowniejszej i bardziej uczęszczanej drogi, a zatem do Leska. Po jakimś czasie dociera do mnie również, że mój pierwszy kierowca także zrozumiał, że chcę się dostać do Berezki – miejscowości po drodze na Polańczyk – a nie do jakichś tam Bereżek. Stąd jestem w tym miejscu i marnuję czas.
Stojąc przy drodze, słyszałam dzwony. Pomyślałam, że może powinnam teraz pójść do kościoła, choć czasu w tym momencie było mi szkoda. Ostatecznie poszłam sprawdzić, czy nie ma Mszy św. w kościółku w Hoczwi. Niestety, zamknięty. Obeszłam go tylko dookoła i wyszłam ku drodze na Lesko.
Stopa złapałam szybko, miły pan kierowca też stwierdził, że niepotrzebnie tu zajechałam, i zawiózł mnie do miasta. Oczywiście, autobus, w który miałam wsiąść wg pierwotnego planu, już odjechał, a zatem groziło mi opóźnione o nie wiadomo ile przybycie do Bereżek. W Lesku poszłam wzdłuż odpowiedniej już trasy, by znaleźć sensowne miejsce na łapanie stopa: bym była widoczna, było miejsce dla auta, by się zatrzymać, by było bezpiecznie… Powoli szłam do przodu, pomachując ręką. Deszcz zaczął kropić. Liczyłam, że to spowoduje, iż ktoś nade mną się zlituje, ale nie. Sporo samochodów przejechało, aż któryś się zatrzymał. Nie jechał tak daleko, jakbym chciała, prosiłam jednak, by przynajmniej wywiózł mnie na wygodniejsze miejsce do szukania podwózki. Dowiózł mnie ostatecznie do Uherców Mineralnych.
Zapamiętam dobrze, że tu właśnie są Bieszczadzkie Drezyny Rowerowe, bo przy ich stacji była moja kolejna przesiadka. Tu kilka razy przeżyłam rozczarowanie, gdyż auta się zatrzymywały – ale ze względu na sklep, a nie na mnie. Za to moja nieśmiałość autostopowa została tego poranka przełamana. Musiałam się dostać w końcu do tych Bereżków, więc podejmowałam kolejne próby. Wreszcie udana, a nawet bardzo! Sympatyczne małżeństwo z dwójką synów jadą w stronę Wołosatego. Idealnie! Jadę więc w miłym towarzystwie czwórki miłośników górskich wędrówek, zatrzymujemy się jeszcze na chwilę na stacji benzynowej (czego też już potrzebowałam), jedziemy dalej z pewną wątpliwością, czy na pewno nam tak do końca po drodze. Jeszcze jakiś objazd… Dobrze jest, Bereżki! Jestem niewiele później, niż jakbym przyjechała autobusem. Dzięki, św. Filipie, patronie autostopowiczów!

Te parę godzin i aut kilku zasad autostopu mnie nauczyły:
1. Jeśli biorę pod uwagę stopa, to dojechać do miasta, z którego jest więcej połączeń.
2. Wybrać najbardziej uczęszczaną szosę prowadzącą do mojego celu.
3. Dobrze zaznajomić się z trasą i znać dokładne nazwy miejscowości na trasie. Upewnić się, że nie ma dwóch podobnych, ale leżących w zupełnie różnych kierunkach!
4. Nie liczyć na litość :)
5. Nie jechać stopem, gdy zależy na czasie, a połączenie transportem publicznym jest pewne i za niedługo (godzina to niedługo w tym przypadku!).
6. Nie bać się podnieść rękę.

Wysiadam z auta przy samym wejściu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Próbuję się zorientować, gdzie dokładnie mam iść, gdy zostaje mi zwrócona uwaga, że muszę kupić bilet wstępu. Nie przyzwyczaiłam się jeszcze do tego… Dobra, kupuję bilet; dopytuję o szlak; oczywiście, pcham się na przełaj zamiast normalnie; dostaję się na szlak. Idę. Nie mam pojęcia, gdzie jest rajd, bo nie mają zasięgu. W dodatku komórka jakoś szybko mi się rozładowuje. Mój Xiaomi ma dobrą baterię, ale od czasu do czasu ma kryzys i nawet przy wyłączonym internecie i lokalizacji traci energię jak nie on. Właśnie takie coś przyszło na ten dzień. A nie mam przy sobie power-banku...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz