O mnie

Moje zdjęcie
Grekokatoliczka zamiłowana w Nadzwyczajnej Formie Rytu Rzymskiego. Białorusinka uważająca się za mieszkankę Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Doktor teologii moralnej.

26 lip 2019

Moje cuda bieszczadzkie. Podsumowanie


Po raz kolejny Boża Opatrzność mnie zadziwiła, rozwiewając moje wątpliwości, obdarzając niezwykłymi łaskami, pouczając i kierując. Gdybym była biskupem, moim zawołaniem byłyby słowa z Ps 37,5: „Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał”. Wspierały mnie w trudnym okresie życia i nadal mi towarzyszą. Widzę, jak się spełniają, czego jednym z przykładów była moja bieszczadzka przygoda.

Mój lęk o kręgosłup okazał się więcej niż bezzasadny. Od powrotu z gór więcej nie bolał mnie tak mocno, jak przed tym. Tak myślę, że była to bardziej psychosomatyka. Jestem więc bardzo wdzięczna ortopedzie, że się nie przejął moimi obawami.

Smutek, że nieczęsto będę w kościele, też był zbędny. Niedokończone przejście i nieprzewidziany nocleg w Wetlinie skutkowały tym, że w trakcie 10 dni wycieczki tylko 2 razy nie byłam na Mszy św., w sobotę i w poniedziałek. I nie opuściłam żadnej ważnej okazji: niedziel, pierwszych czwartku, piątku i soboty ani św. Józefa. Pan Bóg umiał ułożyć mój czas w najlepszy sposób.

Pobyt w Rzeszowie także był miłą niespodzianką. Wszelakie te „zbiegi okoliczności”, jak sms Księdza czy nocleg umówiony tylko na 2 noce, złożyły się w najpiękniejszy plan. Najodpowiedniejszy moment. A poza tym po prostu niezasłużony dar spotkania z przyjacielem.

Oprócz tego, Pan Bóg doskonale zna mój charakter. On wiedział, że gdy zostanę postawiona przed wyborem „odpuścić czy się uprzeć”, odpowiem sobie wreszcie na pytanie, czy mi zależy. I cieszę się swoją odpowiedzią. Czuję się silniejsza. Wiem, że mam często słomiany zapał, i nie wykluczam, że i „góry mi miną”. Bo może w pewnym momencie będę musiała wybrać coś innego, coś jeszcze ważniejszego. Nie poddam się jednak drobnym kryzysom. „Miłość to wierność wyborowi”, jak śpiewają u Rubika, a góry kocham. W nich dostrzegam Boży Majestat. W nich ćwiczę siebie. Są dla mnie najdoskonalszą metaforą życia duchowego.

No i widziałam lisa!

Boża łaska jest tym większa, bo On pozostał wierny, gdy ja zdradziłam. Nie dotrzymałam postanowień. Zachowałam się źle. Zawiodłam. A On i tak uczynił mnie szczęśliwą, umocnił i utrzymał na dobrej drodze, choć robiłam błędne kroki.



P.S.
Historia, która zaczęła się na przejściu, niestety nie pozostała bez skutków. Kilka osób odeszło z kursu. Przewodnik się wycofał z zaangażowania w rajdy i kurs. Coś się stało i coś pozostało. Podjęłam kilka rozmów, dyskutowałam z kolegami, pisałam długie teksty… marząc o pokojowym rozwiązaniu bez odejść. Niestety, nie udało się. Po prostu kilku bohaterów tej opowieści schodzi ze sceny i nowi widzowie będą wiedzieć o nich tylko jakieś pogłoski. Pewnie tak lepiej. W imię spokoju. Przy moich cudach nadal jednak będzie aureola smutku. Bo ich by nie było, gdyby nie „ci ludzie”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz